Tag

podróże z dziećmi

Browsing

Marzenie o wielkiej przygodzie

Każ­dy z nas ma marze­nia, nada­ją one sens nasze­mu życiu, kie­ru­ją prze­bie­giem wyda­rzeń, mobi­li­zu­ją do pra­cy. Uwa­ża­my, że marze­nia się nie speł­nia­ją, marze­nia nale­ży speł­niać. My pod­ję­li­śmy więc wyzwa­nie, aby speł­nić nasze marze­nie.

nasza Podróż dookoła świata w pigułce

Był to czas cięż­kiej pra­cy, wie­lu wyrze­czeń, ale w koń­cu uda­ło się. Jako rodzi­ce z naszy­mi dzieć­mi 8 let­nią Oli­wia i 4 let­nim Kac­prem prze­mie­rzy­li­śmy świat dooko­ła. Zaję­ło nam to 366 dni. Poru­sza­li­śmy się prze­róż­ny­mi środ­ka­mi trans­por­tu — odby­li­śmy 18 lotów samo­lo­ta­mi, nie­zli­czo­ne prze­jaz­dy auto­bu­sa­mi, busa­mi, kole­ją, metrem, kaja­ka­mi, jach­tem, pro­ma­mi, łodzia­mi, rowe­ra­mi, sku­te­ra­mi, a nawet rik­sza­mi. Prze­szli­śmy na nogach set­ki kilo­me­trów, zdar­li­śmy pode­szwy w nie­jed­nej parze butów, nowe musie­li­śmy kupo­wać w tra­sie. Noce spę­dza­li­śmy w auto­bu­sach, busach, samo­lo­tach, namio­tach, autach, hoste­lach i u lokal­nych miesz­kań­ców. To wła­śnie te spo­tka­nia były dla nas bar­dzo waż­ne i pozwo­li­ły nam poznać bli­żej kul­tu­rę, zwy­cza­je, oby­cza­je oraz kuch­nie odmien­nych miejsc. Dzie­ci nawią­zy­wa­ły nowe przy­jaź­nie, a pod­czas tych wspól­nych wie­czo­rów rów­nież opo­wia­da­li­śmy o Pol­sce.

Rodzina z Kolumbii jedzie do Polski
Rodzi­na z Kolum­bii jedzie do Pol­ski

Uda­ło nam się nawet jed­ną rodzi­nę z Kolum­bii namó­wić na przy­jazd do pra­cy do Pol­ski. Osie­dli­li się w War­sza­wie, a nasz kraj bar­dzo im się spodo­bał, mimo że przy­le­cie­li tu  w zimie, gdzie tem­pe­ra­tu­ry znacz­nie róż­nią się od tych w oko­li­cach rów­ni­ka. Takich fan­ta­stycz­nych ludzi spo­tka­li­śmy pod­czas całej naszej podró­ży wie­lu. Teraz to nasz dom jest dla nich otwar­ty i już  nie może­my docze­kać się kolej­nych spo­tkań. W poszu­ki­wa­niu noc­le­gów u lokal­nych miesz­kań­ców korzy­sta­li­śmy z orga­ni­za­cji, któ­ra zrze­sza oso­by otwar­te na ugosz­cze­nie innych. My rów­nież do takich orga­ni­za­cji nale­ży­my, przez co nasz dom jest zawsze otwar­ty dla podró­żu­ją­cych. Dla­te­go więc dla naszych dzie­ci gości­na u obcych ludzi, jak rów­nież gosz­cze­nie nie­zna­nych jest zupeł­nie nor­mal­ne i natu­ral­ne. Czę­sto też w okre­sie waka­cji gości­my mło­dzież z innych kra­jów. Dzie­ci bar­dzo lubią jak przy­jeż­dza­ją do nas ludzie z odle­głych zakąt­ków świa­ta. Wspól­nie spę­dzo­ny czas pozwa­la im bli­żej poznać odmien­ną kul­tu­rę i język. 

przetrwanie

Namiot zimą w podró­ży dooko­ła świa­ta

Wra­ca­jąc do naszej podró­ży, cała wypra­wa prze­bie­głą zgod­nie z pla­nem, mimo, iż to spon­ta­nicz­ność wska­zy­wa­ła nam kie­ru­nek dro­gi. Spo­tka­ła nas też jed­na przy­kra sytu­acja — zosta­li­śmy okra­dze­ni w Peru w auto­bu­sie. Stra­ci­li­śmy wie­le cen­nych rze­czy, ale jak pod­su­mo­wa­ła lokal­na poli­cja zyska­li­śmy życie. Ta odmien­ność kul­tu­ro­wa w tej kwe­stii doty­czy wie­lu obsza­rów świa­ta, czę­sto wie­lu miejsc Ame­ry­ki Połu­dnio­wej. Jeśli poten­cjal­ni zło­dzie­je chcą coś zabrać, po pro­stu nale­ży to oddać. Trzy­ma­li­śmy się też zasa­dy powro­tów przed zmierz­chem do domu. Nie każ­dy wie, że w kra­jach w oko­li­cach rów­ni­ka o godzi­nie 18 jest już ciem­no i czę­sto nie­bez­piecz­nie, więc dzień mie­li­śmy nie­rzad­ko krót­szy. Duża ilość słoń­ca i inten­syw­ne dni nie pozwa­la­ły naszym orga­ni­zmom na zmę­cze­nie. Cały rok uda­ło nam się prze­żyć bez cho­rób i wizyt u leka­rza. Dopie­ro w Pol­sce dopadł nas katar i lek­kie prze­zię­bie­nie. Mie­li­śmy tyl­ko kil­ka wizyt z dzieć­mi u den­ty­sty i jed­ną lek­ką bie­gun­kę w Peru. Facho­wa i pro­fe­sjo­nal­na opie­ka sto­ma­to­lo­gicz­na w Limie miło nas zasko­czy­ła.

kuchnia dookoła świata

Koniki polne na kolacje w Meksyku
Koni­ki polne na kola­cje w Mek­sy­ku

W naszej podró­ży odkry­li­śmy rów­nież nie­za­po­mnia­ne sma­ki kuli­nar­ne. Każ­dy kraj miał coś, co posta­no­wi­li­śmy prze­nieść do naszej kuch­ni. Mimo bar­dzo odmien­ne­go jedze­nia, dzie­ci świet­nie dawa­ły radę. Rów­nież z wiel­kim zacie­ka­wie­niem wybie­ra­ły się z nami na targ, żeby zoba­czyć jak wie­le róż­nych owo­ców i warzyw może być na świe­cie. Ilośc odmian ziem­nia­ków w Peru była olbrzy­mia. Moż­na kupić ziem­nia­ki już obra­ne lub usu­szo­ne. Ilość nowych gatun­ków  owo­ców  była tak duża, że mie­li­śmy pro­blem z ich zapa­mię­ta­niem, ale bar­dzo szyb­ko mie­li­śmy swo­je ulu­bio­ne, któ­re zawsze kupo­wa­li­śmy. W kra­jach Ame­ry­ki Połu­dnio­wej owo­ce i warzy­wa moż­na kupić wszę­dzie, nie trze­ba szu­kać skle­pów. Na każ­dej uli­cy moż­na coś pod­jeść. Tak też było z naszy­mi śnia­da­nia­mi. Ugo­to­wa­ną owsian­kę pro­sto z duże­go garn­ka moż­na było zjeść codzien­nie w róż­nych sma­kach. Co cie­ka­we, nawet w trans­por­cie publicz­nym nie trze­ba się było mar­twić o jedze­nie. Na każ­dym przy­stan­ku wcho­dzi­ło dużo sprze­daw­ców z róż­ny­mi sma­ko­ły­ka­mi. Naj­więk­sze zdzi­wie­nie zro­bi­ła na nas pani w dro­dze do Boli­wii, któ­ra mia­ła w gaze­tę owi­nię­te upie­czo­ne mię­so i topor­kiem kro­iła je na miej­scu w auto­bu­sie, po czym sprze­da­wa­ła. Zapa­chy więc w takim auto­bu­sie mie­sza­ły się  inten­syw­nie. Głod­ni nigdy nie byli­śmy. Dzie­ci szyb­ko prze­sta­wi­ły się na ryż na śnia­da­nie  i obia­do­ko­la­cję. Kana­pek nie było przez cały rok, może z mały­mi wyjąt­ka­mi. Co nie­któ­rzy pomy­ślą więc co jedli­śmy. No i tu moż­na było­by napi­sać bar­dzo dużo. Musie­li­śmy się napra­co­wać nad pla­no­wa­niem posił­ków w kra­jach roz­wi­nię­tych takich jak Sta­ny Zjed­no­czo­ne czy Kana­da. Goto­wa­li­śmy tam jedze­nie sami na tury­stycz­nym pal­ni­ku i potra­wy musia­ły być prze­wi­dzia­ne w momen­cie kupo­wa­nia pro­duk­tów w mar­ke­cie. Wypra­wa do mar­ke­tów nie nale­ża­ła do naszych ulu­bio­nych, więc z zapa­sem kupo­wa­li­śmy pro­duk­ty. W  kra­jach tych też nie pozna­li­śmy za dużo ludzi, a już na pew­no nie na uli­cy, bo tako­wych jest dość mało. Wszy­scy jeż­dżą samo­cho­da­mi, więc po 4 mie­sią­cach w Ame­ry­ce Łaciń­skiej, gdzie ludzi było wszę­dzie peł­no i każ­dy się o sie­bie ocie­rał, czu­li­śmy się jak na innej pla­ne­cie. My rów­nież mie­li­śmy wypo­ży­czo­ny samo­chód. To co nas urze­kło w Ame­ry­ce Pół­noc­nej to przy­ro­da i nie­sa­mo­wi­te par­ki naro­do­we. Podró­żo­wa­li­śmy tam z wiel­ką przy­jem­no­ścią. W Par­kach Naro­do­wych pra­cu­ją straż­ni­cy bar­dzo odda­ni swo­jej pra­cy. Orga­ni­zo­wa­li oni wie­czo­ry przy ogni­sku przy któ­rych roz­ma­wia­li­śmy o wybra­nym tema­cie doty­czą­cym par­ku, przy­ro­dy, czy pro­ble­mów i kwe­stii życia codzien­ne­go. Dzie­ci uczest­ni­czy­ły w pro­gra­mach, za któ­re otrzy­my­wa­ły odzna­ki.

czy to były wakacje dookoła świata?

Czy to były waka­cje?

Pod­czas naszej podró­ży pisa­li­śmy pamięt­nik, każ­dy dzień więc został zapi­sa­ny nie tyl­ko ocza­mi rodzi­ców, ale rów­nież dzie­ci. Może kogoś zasta­na­wiać jak to jest mieć waka­cje przez rok, ale dla nas to był czas inten­syw­nej pra­cy. Wszyst­ko orga­ni­zo­wa­li­śmy sami, czy­ta­li­śmy dużo ksią­żek i prze­wod­ni­ków. Dosta­wa­li­śmy rów­nież cen­ne wska­zów­ki od miesz­kań­ców. Spę­dza­nie ze sobą 24h na dobę jest rów­nież nie lada wyzwa­niem. Nasze docie­ra­nie tro­chę trwa­ło, ale oka­za­ło się, że moż­na być świet­nym  zespo­łem z któ­rym prze­by­wa­nie to czy­sta przy­jem­ność. Sta­li­śmy się dla sie­bie praw­dzi­wy­mi przy­ja­ciół­mi. Takie roz­gra­ni­cze­nie rodzic — dziec­ko mogło­by nas tro­chę dzie­lić. Ten wspól­ny czas zaowo­co­wał pozy­tyw­ny­mi zmia­na­mi nas wszyst­kich. 

Nauka w podróży dookoła świata

Nauka w podró­ży dooko­ła świa­ta

Pod­czas podró­ży uczy­li­śmy rów­nież naszą cór­kę tak, aby mogła wró­cić do szko­ły i kon­ty­nu­ować naukę ze swo­ją kla­są. Przy współ­pra­cy z wycho­waw­cą uda­ło nam się na bie­żą­co wyko­ny­wać spraw­dzia­ny i pra­ce któ­re robi­ły dzie­ci w szko­le. Cięż­ko było pogo­dzić tą inten­syw­ność podró­żo­wa­nia z nauką, wyko­rzy­sty­wa­li­śmy jed­nak każ­dą wol­ną chwi­le na edu­ka­cję. Sama podróż była wiel­ką szko­łą życia dla nich. To co zoba­czy­ły i doświad­czy­ły, zosta­nie im w pamię­ci na całe życie. Otwar­tość i szcze­rość ludzi w bied­niej­szych kra­jach oraz zdy­stan­so­wa­nie w tych roz­wi­nię­tych, zauwa­ża­ły od razu.

Podsumowanie

Czy była tęsk­no­ta za domem? Nie, bo byli rodzi­ce, a to jest ich cały świat. Oczy­wi­ście kon­takt z rodzi­ną mie­li­śmy, czę­sto roz­ma­wia­li­śmy z bab­cia­mi i cio­cia­mi. Dzie­ci były przed wyjaz­dem od daw­na przez nas przy­go­to­wy­wa­ne i rze­czy­wi­ście nigdy nie zapy­ta­ły kie­dy wra­ca­my do domu, bo wie­dzia­ły, że wró­ci­my jak obje­dzie­my całą kulę ziem­ską. Inten­syw­ność zmie­nia­ją­ce­go się kra­jo­bra­zu nie powo­do­wał znu­dze­nia, ani zmę­cze­nia i każ­dy był cie­ka­wy dnia następ­ne­go. 

czy warto?

Chcie­li­śmy Wam rów­nież powie­dzieć, że napraw­dę war­to podró­żo­wać z dzieć­mi, że ta  nasza inwe­sty­cja była jed­ną z naj­lep­szych jakie  mogli­śmy zro­bić oraz, że war­to wyda­wać pie­nią­dze na książ­ki i podró­że bo dzię­ki temu sta­je­my się po pro­stu bogat­si…

Zawę­dro­wa­li­śmy pra­wie na samą pół­noc Taj­lan­dii, do miej­sca gdzie nie tyl­ko moż­na poroz­ma­wiać z człon­ka­mi ple­mie­nia Akha, ale rów­nież w spo­ko­ju napić się lokal­nej her­ba­ty Oolong z praw­dzi­wy­mi Chiń­czy­ka­mi oraz skosz­to­wać dosko­na­łej kawy Ara­bi­ki z wido­kiem na wspa­nia­łe wzgó­rza.

Może to wyda­wać się tro­chę dziw­ne, ale tak, ist­nie­je takie miej­sce w Taj­lan­dii, gdzie łatwiej dostać menu chiń­skie, niż taj­skie. Takim miej­scem jest Mae Salong i jego oko­li­ce. Pierw­si Chiń­czy­cy, któ­rzy tu przy­by­li byli człon­ka­mi 93 dywi­zjo­nu chiń­skiej armii naro­do­wej, któ­ra ucie­ka­ła przed chiń­skim komu­ni­zmem. Na począt­ku pro­du­ku­ją­cy opium, póź­niej za namo­wą rzą­du taj­skie­go roz­po­czę­li upra­wę grzy­bów oraz her­ba­ty ulung.

Transport do Mae Salong
Trans­port do Mae Salong

Dotar­cie do Mae Salong z Chiang Dao zaję­ło nam ponad pięć godzin. Naj­pierw bus, a potem dwie lokal­ne tak­sów­ki zwa­ne “Song­tha­ew”. Tro­chę zmę­cze­ni, ale zado­wo­le­ni wyszli­śmy na ostat­niej sta­cji i czym prę­dzej poszu­ka­li­śmy noc­le­gu.

Od razu widać było, że jest tu jakoś ina­czej. Wszę­dzie peł­no Chiń­czy­ków, menu w barach chiń­skie, her­ba­ta chiń­ska — pra­wie wszyst­ko chiń­skie 🙂 Nie było wyj­ścia, trze­ba było skosz­to­wać chiń­skiej kuch­ni. Wybra­li­śmy to cze­go nigdy wcze­śniej nie jedli­śmy — dwie nowe zup­ki oraz jakiś mix z tofu. Zupy były bar­dzo smacz­ne, tofu rów­nież.

Chińskie przysmaki
Chiń­skie przy­sma­ki
Chińskie przysmaki
Chiń­skie przy­sma­ki

Po jedze­niu uda­li­śmy się na her­ba­cia­ną ucztę. W całej miej­sco­wo­ści znaj­du­je się wie­le skle­pi­ków, gdzie moż­na zaku­pić prze­róż­ne her­ba­ty oraz arty­ku­ły zwią­za­ne z tym bajecz­nym napo­jem. Naj­czę­ściej do spró­bo­wa­nie czy też zaku­pu dosta­nie­my tutaj her­ba­tę Oolong z któ­rej to zna­na jest tutej­sza oko­li­ca. Pró­bo­wa­li­śmy i zachwy­ca­li­śmy się, Oolong była dosko­na­ła.

Herbaty Oolong
Her­ba­ty Oolong
Herbatka Oolong
Her­bat­ka Oolong

Oprócz her­ba­ty Oolong, moż­na tutaj napić się jesz­cze jed­ne­go wspa­nia­łe­go napo­ju — kawy. Na oko­licz­nych wzgó­rzach rośnie wie­le ara­bi­ki, któ­rej smak jest napraw­dę świet­ny. Upra­wa kawy dostar­cza lokal­nym miesz­kań­com — głów­nie tym z ple­mie­nia Akha dosta­tecz­ny dochód.

Aby jed­nak dojść do źró­deł her­ba­ty oraz kawy, posta­no­wi­li­śmy wybrać się na spo­koj­ny 10km trek­king przez wzgó­rza i wio­ski, aby zoba­czyć upra­wę her­ba­ty, kawy oraz spo­tkać miesz­kań­ców ple­mie­nia Akha. By opu­ścić mia­stecz­ko, musie­li­śmy przejść obok szko­ły. Dzie­ci aku­rat mia­ły prze­rwę w tym cza­sie, więc nasza obec­ność szyb­ko przy­ku­ła ich uwa­gę. Co chwi­lę pró­bo­wa­ły nas zaga­dy­wać, śmie­jąc się przy tym nie­by­wa­le. Po kil­ku kilo­me­trach doszli­śmy do wio­ski ple­mie­nia Akha. W wio­sce ludzie miesz­ka­ją bar­dzo skrom­nie. W więk­szo­ści w domach zbu­do­wa­nych na balach, gdzie ścia­ny zro­bio­ne są z bam­bu­sów. Pro­du­ku­ją tutaj mio­tły, suszą róż­ne ziar­na oraz zbie­ra­ją, selek­cjo­nu­ją i suszą kawę. Jest to ich głów­ne zaję­cie i z naszej roz­mo­wy wyni­ka­ło, że naj­bar­dziej docho­do­we.

Kawa na zboczach, tuż obok wioski plemienia Akha
Kawa na zbo­czach, tuż obok wio­ski ple­mie­nia Akha
Suszenie kawy
Susze­nie kawy
Suszenie traw na miotły
Susze­nie traw na mio­tły

Na podwór­kach i wokół nich wszę­dzie cho­dzi­ły kur­cza­ki.

Kurczaki u plemienia Akha
Kur­cza­ki u ple­mie­nia Akha

Cie­ka­wost­ką był fakt, iż mimo, że ich domy były napraw­dę skrom­ne, to gara­że już zupeł­nie nie. W więk­szo­ści z nich sta­ły porząd­ne suvy, jak ten na poniż­szym zdję­ciu.

SUV Akha
SUV Akha

Po opusz­cze­niu wio­ski, gdzie z miesz­kań­ca­mi spę­dzi­li­śmy oko­ło jed­nej godzi­ny uda­li­śmy się w stro­nę lokal­nej kawia­ren­ki, gdzie podzi­wia­jąc wzgó­rza poro­śnię­te kawą i her­ba­tą, mogli­śmy roz­ko­szo­wać się wspa­nia­łą Ara­bi­ką.

Kawa
Kawa
Pijemy kawę arabika od plemienia Akha
Pije­my kawę ara­bi­ka od ple­mie­nia Akha

Po kawie ruszy­li­śmy w stro­nę ostat­nie­go punk­tu nasze­go trek­kin­gu — do her­ba­cia­nych tara­sów. Było napraw­dę war­to, bo po oko­ło 5km, naszym oczom uka­za­ły się poka­zo­we tara­sy her­ba­cia­ne, któ­re w sto­sun­ku do tych wcze­śniej­szych były wyjąt­ko­wo ład­nie zadba­ne. Nie mogli­śmy nacie­szyć oczu.

Tarasy herbaciane
Tara­sy her­ba­cia­ne
Tarasy herbaciane
Tara­sy her­ba­cia­ne

Popró­bo­wa­li­śmy her­ba­tę i ‘na sto­pa’ wró­ci­li­śmy do Mae Salong. Wspa­nia­ły dzień, wie­le wra­żeń i jesz­cze wię­cej sma­ków. Cały trek­king był bar­dzo dobry, a dzień zali­cza­my do nie­zwy­kle uda­nych.

Gale­ria zdjęć już nie­ba­wem.

 

 

 

 

 

 

 

 

 Outback w Australii

Na out­back w Austra­lii cze­ka­li­śmy z nie­cier­pli­wo­ścią. Byli­śmy pew­ni, że poje­dzie­my, nie wie­dzie­li­śmy jed­nak gdzie dokład­nie. Pro­ble­mem był czas kie­dy zna­leź­li­śmy się w Austra­lii — gru­dzień. To nie jest dobry moment na out­back. Wszech­obec­ny upał powo­du­je, że licz­ba przy­by­szów w out­back jest zni­ko­ma. Po roz­mo­wie z miesz­kań­ca­mi posta­no­wi­li­śmy, że uda­my się do miej­sca, gdzie roz­po­czy­na się praw­dzi­wy out­back — do Bur­ke. Podob­no, kto nie był w Bur­ke nie zna Austra­lii. Więc już teraz chy­ba tro­chę ją zna­my i kocha­my 🙂

Lightening Ridge

Lightening Ridge
Ligh­te­ning Rid­ge

Dojazd do Bur­ke zajął nam kil­ka dni. Po dro­dze odwie­dzi­li­śmy wie­le kli­ma­tycz­nych małych miej­sco­wo­ści. Dotar­li­śmy rów­nież do Ligh­te­ning Rid­ge — miej­sca, gdzie cią­gle wydo­by­wa­ne są prze­pięk­ne opa­le szla­chet­ne. Odwie­dzi­li­śmy kopal­nie, zoba­czy­li­śmy miej­sca wydo­by­cia oraz nauczy­li­śmy się jak odróż­niać opa­le oraz biżu­te­rię, któ­ra jest z nich wyko­na­na. Co cie­ka­we ceny nie­któ­rych opa­li osią­ga­ją nie­bo­tycz­ne kwo­ty, poni­żej jeden z opa­li szla­chet­nych w cenie jedy­nie 120tyś dola­rów austra­lij­skich.

Opale szlachetne
Opa­le szla­chet­ne

Oprócz samych opa­li w Ligh­te­ning Rid­ge znaj­du­ją się row­nież gorą­ce źró­dła. Jest to dosko­na­łe miej­sce spo­tkań lokal­nych miesz­kań­ców oraz przy­by­szów z odle­głych kra­jów. Miło było tro­chę poga­wo­rzyć z miesz­kań­ca­mi w bar­dzo gorą­cej wodzie.

Kąpiele w gorących źródłach
Kąpie­le w gorą­cych źró­dłach

Teleskopy

Na out­bac­ku w Austra­lii jest jesz­cze coś nie­sa­mo­wi­te­go. Aby to zoba­czyć, wystar­czy w nocy pod­nieść gło­wę do góry. Nie­bo, pięk­ne nie­bo. Tak inne niż to nasze pol­skie, nowe cie­ka­we gwiaz­do­zbio­ry, któ­re moż­na podzi­wiać godzi­na­mi. Dotar­li­śmy do miej­sca, gdzie znaj­du­je się naj­więk­szy w Austra­lii tele­skop. Mogli­śmy go jedy­nie zoba­czyć przez szy­bę, jed­nak uda­ło nam się za to obej­rzeć nie­bo oraz doj­rzeć pla­ne­tę Uran poprzez naj­więk­szy na pół­ku­li połu­dnio­wej tele­skop otwar­ty do publicz­ne­go użyt­ku. Wra­że­nie nie­sa­mo­wi­te — pierw­sze sło­wa Oli­wii po odej­ściu od tele­sko­pu — “Wow”. To było coś wspa­nia­łe­go.

Teleskop
Tele­skop

Burke

Bur­ke przy­wi­ta­ło nas mega gorą­co. Mak­sy­mal­na zano­to­wa­na tem­pe­ra­tu­ra na zewnątrz wg nasze­go auta wyno­si­ła 47st. Pali­ło nie­sa­mo­wi­cie. Mia­sto nie jest niczym nad­zwy­czaj­nym, wyglą­da jak tro­chę opusz­czo­ne. Może dla­te­go, że w takiej tem­pe­ra­tu­rze wszy­scy wolą sie­dzieć przy kli­ma­ty­za­cji? Na cmen­ta­rzu w Bur­ke co cie­ka­we nie cho­dzi się, a jeź­dzi samo­cho­dem. Na począt­ku wyda­ło nam się to tro­chę dziw­ne, jed­nak wystar­czy wyjść z auta, aby zro­zu­mieć dla­cze­go tak wła­śnie jest.

Doko­ła mia­sta jed­nak roz­po­czy­na się praw­dzi­wy out­back. Uda­ło nam się doje­chać do dwóch par­ków naro­do­wych oraz wje­chać na jed­ną z pobli­skich gór — górę Ouxley. Góra ta znaj­du­je się kil­ka­dzie­siąt km od mia­sta. Dro­ga grun­to­wa, któ­ra pro­wa­dzi na szczyt jest na samym koń­cu dość stro­ma. Mnó­stwo czer­wo­nej, rodzi­mej zie­mi, dużo kan­gu­rów i cudow­ne wido­ki z góry. Chy­ba nigdy nie zapo­mni­my tego wra­że­nia, jak mogli­śmy spoj­rzeć w busz aż po hory­zont. Zachód słoń­ca był rów­nież prze­pięk­ny. Genial­ne było to, że byli­śmy tam sami — napraw­dę sami!

Góra Ouxley
Góra Ouxley
Góra Ouxley
Góra Ouxley

Park Narodowy Toorale i Guandabooka

Park Narodowy Toorale
Park Naro­do­wy Toora­le

Park Naro­do­wy Toora­le, to wiel­ka rów­ni­na powo­dzio­wa, dzie­siąt­ki kan­gu­rów oraz wie­le stru­si. Po dro­dze do i z par­ku spo­tka­li­śmy TYLKO jeden samo­chód. Na polu namio­to­wym byli­śmy oczy­wi­ście sami, uda­ło nam się nawet popły­wać w rze­ce Dar­ling. Tutaj jest to cał­ko­wi­cie bez­piecz­ne — nie ma pija­wek, kro­ko­dy­li, ani nicze­go, cze­go mogli­by­śmy się oba­wiać 🙂

Kąpiel w rzece Darling

Po wizy­cie w par­ku Toora­le uda­li­śmy się do Par­ku Naro­do­we­go Guan­da­bo­oka. Było eks­tre­mal­nie gorą­co, dojazd był dość cięż­ki, wła­śnie ze wzglę­du na tem­pe­ra­tu­rę, mimo, że kli­ma­ty­za­cja dzia­ła­ła cały czas dość spraw­nie. Wystar­czy­ło otwo­rzyć drzwi, aby fala gorą­ca ude­rzy­ła pro­sto w nas. Jadąc do par­ku nie minął nas ani jeden samo­chód. Byli­śmy sami, a wie­czo­rem podzi­wia­li­śmy malun­ki Abo­ry­ge­nów. Nie ma ich wie­le, jed­nak są bar­dzo inte­re­su­ją­ce. Do dnia dzi­siej­sze­go nie wia­do­mo z jakie­go wie­ku pocho­dzą — jest to wiel­ka nie­wia­do­ma…

Malunki Aborygenow
Malun­ki Abo­ry­ge­now

Z out­bac­ku ruszy­li­śmy w stro­nę Syd­ney. Mamy jed­nak nadzie­ję, że będzie­my mogli tutaj przy­je­chać raz jesz­cze, w porze, kie­dy tem­pe­ra­tu­ra będzie już dużo bar­dziej sprzy­ja­ją­ca.

Translate »
Zapisz się do naszego newslettera
Chcesz być na bieżąco? Wpisz poniżej swój email i dostawaj jako pierwszy informacje o naszych wpisach!
Szanujemy Twoją prywatność