Tag

podróż dookoła świata

Browsing

Targ na torach kolejowych w Tajlandii

Targ na torach w Taj­lan­dii to jeden ze smacz­ków, któ­re uda­ło nam się odwie­dzić tuż po opusz­cze­niu Bang­ko­ku. Znaj­du­je się on oko­ło 70km na połu­dnio­wy zachód od sto­li­cy Taj­lan­dii. Doje­chać moż­na do nie­go na wie­le spo­so­bów. My nato­miast wybra­li­śmy dojazd pocią­giem, aby na wła­snej skó­rze prze­ko­nać się, że pocią­giem w zatło­czo­ny targ napraw­dę da się wje­chać.

Pociąg to jeden z naszych ulu­bio­nych środ­ków trans­por­tu. W Taj­lan­dii pocią­gi są dosyć tanie, więc podró­żo­wa­nie nimi ma kolej­ny atut. Co cie­ka­we doje­cha­nie do tego tar­gu nie jest takie pro­ste. Aby tam dotrzeć nale­ży prze­je­chać dwo­ma pocią­ga­mi oraz jed­nym pro­mem. Zda­li­śmy sobie spra­wę z tego fak­tu patrząc na mapę i zasta­na­wia­jąc się jak tam doje­chać. Naszą podróż roz­po­czę­li­śmy od uda­nia się na połu­dnio­wy dwo­rzec kole­jo­wy Won­gwian Yai. Na począt­ku kupi­li­śmy bilet do pierw­szej miej­sco­wo­ści Maha­chai, któ­ry kosz­to­wał nas 10THB (1zł) od oso­by — dzie­ci nie pła­ci­ły.

Bilet do Manachai
Bilet do Mana­chai

Pociąg dru­gą kla­są wyglą­dał, tak jak nasz pol­ski pociąg.

Pociąg drugiej klasy w Tajlandii
Pociąg dru­giej kla­sy w Taj­lan­dii

Ruszy­li­śmy w dro­gę. Cały czas roz­glą­da­li­śmy się na lewo i pra­wo. Wypa­try­wa­li­śmy co cie­ka­we­go widać za okna­mi pędzą­ce­go pocią­gu.

Widoki z okna pociągu do Manachai
Wido­ki z okna pociągu do Mana­chai
Widoki z okna pociągu do Manachai
Wido­ki z okna pociągu do Mana­chai

Nie zawsze było pięk­nie, ale na pew­no było cie­ka­wie i róż­no­rod­nie. Po nie­speł­na godzi­nie doje­cha­li­śmy do ostat­niej sta­cji — Macha­chai. Poni­żej poda­je­my roz­kład jaz­dy dla wszyst­kich zain­te­re­so­wa­nych.

Mahachai
Maha­chai
Rozkład jazdy pociągu Manachai Wongwian Yai
Roz­kład jaz­dy pociągu Mana­chai Won­gwian Yai

Zaraz po wyj­ściu z pocią­gu musie­li­śmy czym prę­dzej udać się na prom. Szli­śmy dość szyb­ko spo­glą­da­jąc na lewo i pra­wo, co cie­ka­we­go tym razem przy­ku­je naszą uwa­gę na lokal­nej uli­cy. Ze wszyst­kich stron ota­cza­ły nas stra­ga­ny z jedze­niem i wszyst­kim tym co potrzeb­ne tutej­szym miesz­kań­com każ­de­go dnia. Maha­chai nie jest tury­stycz­ną miej­sco­wo­ścią, więc żad­nych pamią­tek raczej tam nie znaj­dzie­my.

Mahachai idziemy na prom
Maha­chai idzie­my na prom
Targ w Mahachai
Targ w Maha­chai

Bie­gli­śmy, bie­gli­śmy i w koń­cu uda­ło się. Zna­leź­li­śmy miej­sce skąd odpły­wa prom na dru­gą stro­nę rze­ki Than Chin wpły­wa­ją­cej bez­po­śred­nio do Zato­ki Taj­landz­kiej. Bilet w jed­ną stro­nę kosz­to­wał 3THB (30gr) — dzie­ci nie pła­ci­ły.

Prom w Mahachai
Prom w Maha­chai

Czas prze­pra­wy wyniósł zale­d­wie kil­ka minut. Po dru­giej stro­nie rze­ki szyb­ko opu­ści­li­śmy prom i poma­sze­ro­wa­li­śmy szyb­kim tem­pem na kolej­ny peron z któ­re­go mie­li­śmy bez­po­śred­nio poje­chać do Maeklong na nasz dłu­go ocze­ki­wa­ny targ. Oka­zał się jed­nak, że albo za wol­no szli­śmy, albo po pro­stu uło­że­nie pocią­gów nie do koń­ca jest ze sobą zgra­ne — spóź­ni­li­śmy się 15min. Nic nie mogli­śmy pora­dzić — trze­ba było cze­kać na następ­ny pociąg. Bilet do Maeklong kosz­to­wał 10THB (1zł) — dzie­ci nie pła­ci­ły. Poni­żej poda­je­my roz­kład jaz­dy dla zain­te­re­so­wa­nych.

Bilet do Maeklong z Ban Laem
Bilet do Maeklong z Ban Laem
Rozklad jazdy Maeklong Ban Laem
Roz­klad jaz­dy Maeklong Ban Laem
Rozklad jazdy Maeklong Ban Laem
Roz­klad jaz­dy Maeklong Ban Laem

Sama sta­cja kole­jo­wa w Ban Laem wyglą­da dość inte­re­su­ją­co. Wie­le rodzin, któ­re tam miesz­ka gotu­je dania dla podróż­nych dzię­ki cze­mu, nie pła­cąc dodat­ko­wo za lokal, mogą zaro­bić na życie. Sie­dząc przy posił­ku moż­na mieć wido­ki wprost na miesz­ka­nie wła­ści­cie­la 🙂 Cze­ka­jąc na następ­ny pociąg posta­no­wi­li­śmy zwie­dzić mia­sto. Po dro­dze zoba­czy­li­śmy pra­cę nad nową Świą­ty­nią Bud­dy, któ­ra pew­nie nie­ba­wem sta­nie się dumą tutej­szych miesz­kań­ców. Pra­cow­ni­cy sta­ran­nie wyko­ny­wa­li swo­ją pra­cę. Z dale­ka i z bli­ska efek­ty były impo­nu­ją­ce.

Ban Laem Budda
Ban Laem Bud­da

Spra­gnie­ni kosz­to­wa­li­śmy koko­sów oraz dzie­cia­ki dosta­ły moż­li­wość zasiąść za ste­ra­mi lokal­nych tuk-tuków, któ­re aku­rat tutaj wyglą­da­ją ciut ina­czej i są bar­dzo kolo­ro­we.

Tuk tuk w Ban Laem
Tuk tuk w Ban Laem

W dro­dze powrot­nej oka­za­ło się, że jed­na z dziew­czy­nek z mia­sta ma wła­śnie uro­dzi­ny. Obcho­dzi­ła je w rodzin­nym gro­nie tuż przy uli­cy. Kie­dy zoba­czy­ła nasze dzie­cia­ki obda­ro­wa­ła je cukier­ka­mi. My nie pozo­sta­li­śmy dłuż­ni, poda­ro­wa­li­śmy jej to co mie­li­śmy — gadże­ty z Gmi­ny Trzeb­ni­cy. Wszy­scy byli bar­dzo zado­wo­le­ni.

Oliwka z Solenizantką
Oliw­ka z Sole­ni­zant­ką

Wró­ci­li­śmy na peron. Pocze­ka­li­śmy jesz­cze kil­ka­na­ście minut i pociąg przy­je­chał. Byli­śmy ura­do­wa­ni. Teraz pozo­sta­ło tyl­ko z nie­cier­pli­wo­ścią pocze­kać na targ, któ­ry już nie­ba­wem miał uka­zać się naszym oczom. Kie­dy dojeż­dża­li­śmy do sta­cji Maeklong, cały czas było sły­chać jak pociąg infor­mu­je o swo­im przy­jeź­dzie. Wyj­rze­li­śmy przez okno i już mogli­śmy zoba­czyć wie­le osób sto­ją­cych zale­d­wie kil­ka­na­ście cen­ty­me­trów od pocią­gu.

Pociąg na targu na torach
Pociąg na tar­gu na torach

Dużo lep­szym wido­kiem jest jed­nak zoba­cze­nie, jak wyglą­da cały pro­ce­der skła­da­nia tar­gu tuż przed nad­jeż­dża­ją­cym pocią­giem.  Infor­ma­cje o nad­jeż­dża­ją­cym pocią­gu moż­na usły­szeć z gło­śni­ków w dwóch języ­kach — taj­skim oraz angiel­skim. Następ­nie po kil­ku minu­tach sły­chać już pociąg. Ludzie zaczy­na­ją szu­kać miej­sca gdzie mogą się ukryć. Na pły­tach wokół torów nama­lo­wa­ne są czer­wo­ne linie ozna­cza­ją­ce bez­piecz­ną odle­głość od pocią­gu.  Wszyst­ko jed­nak idzie dość spraw­nie i po kil­ku minu­tach życie na tar­gu wra­ca do nor­mal­no­ści.

Poni­żej fil­mik z momen­tu wjaz­du pocią­gu na targ.

Wra­ca­jąc po trzech dniach z miej­sco­wo­ści Maaeklong, sta­li­śmy z Kac­prem z przo­du pocią­gu. Maszy­ni­sta otwo­rzył nam drzwi i wpro­wa­dził do miej­sca, gdzie z same­go czo­ła pocią­gu mogli­śmy patrzeć na cały targ. Co wię­cej chwi­lę po rusze­niu pociąg zatrzy­mał się, a lokal­ny sprze­daw­ca z tar­gu dał maszy­ni­ście dwa lody. Jeden z nich poda­ro­wał Kac­pro­wi — był on bar­dzo zado­wo­lo­ny.

Kacper dostaje loda od maszynisty
Kac­per dosta­je loda od maszy­ni­sty
My w pociągu do Maeekong
My w pociągu do Maeekong

 

Opu­ści­li­śmy Austra­lie na spo­tka­nie zupeł­nie inne­go świa­ta. Zaję­ło nam to aż 21h z prze­siad­ką w Sin­ga­pu­rze. Wyjazd do Azji, to nasz ostat­ni etap podró­ży dooko­ła świa­ta. Zapla­no­wa­li­śmy tutaj…

Czytaj dalej
Outback

 Out­back w Austra­lii Na out­back w Austra­lii cze­ka­li­śmy z nie­cier­pli­wo­ścią. Byli­śmy pew­ni, że poje­dzie­my, nie wie­dzie­li­śmy jed­nak gdzie dokład­nie. Pro­ble­mem był czas kie­dy zna­leź­li­śmy się w Austra­lii — gru­dzień.…

Czytaj dalej

Początki w Australii

Początki w australii

Do Austra­lii przy­by­li­śmy pro­sto z Nowej Zelan­dii. Ponad 3h w samo­lo­cie i siup jeste­śmy na kon­ty­nen­cie kan­gu­rów. Zoba­czy­my jak szyb­ko uda nam się je zoba­czyć 🙂 Austra­lia przy­wi­ta­ła nas pięk­ną pogo­dą. W Bris­ba­ne spę­dzi­li­śmy 4 dni u prze­mi­łej austra­lij­skiej rodzi­ny, któ­rej fascy­na­cja lokal­ny­mi zwie­rza­ka­mi zara­zi­ła nas do tego stop­nia, że od tego cza­su zawsze przed pój­ściem spać szu­ka­li­śmy w nocy jakichś cie­ka­wych zwie­rzą­tek — w więk­szo­ści uda­wa­ło nam się zna­leźć naj­wię­cej żab, opo­sów, nie­to­pe­rzy oraz papug 🙂

Papugi w Brisbane
Papu­gi w Bris­ba­ne

Lokalna kuchnia w Australii

Jak zwy­kle pró­bo­wa­li­śmy też lokal­nej kuch­ni. W Austra­lii bar­dzo popu­lar­ne jest bar­be­que. Więk­szość rodzin ma w domu elek­trycz­ne gril­le i przy­rzą­dza na nim róż­ne posił­ki. My zosta­li­śmy poczę­sto­wa­ni wiel­ki­mi lokal­ny­mi bur­ge­ra­mi z ana­na­sa­mi. Trze­ba przy­znać były bar­dzo smacz­ne, mimo, że nie prze­pa­da­my za takim jedze­niem.

Burgery w Brisbane
Bur­ge­ry w Bris­ba­ne

brisbane

Bris­ba­ne wyda­ło nam się bar­dzo inte­re­su­ją­cym mia­stem — takim dla ludzi. Wie­le tere­nów zie­lo­nych, dar­mo­wa komu­ni­ka­cja łodzią przez rze­kę, dar­mo­wy basen w cen­trum mia­sta i wie­le innych rze­czy spo­wo­do­wa­ło, że napraw­dę polu­bi­li­śmy to mia­sto.  Kac­per jak zwy­kle musiał mieć zro­bio­ne zdję­cie z kapi­ta­nem. Tym razem akcja super­man wyszła zna­ko­mi­cie.

Superman w Brisbane
Super­man w Bris­ba­ne
Baseny w Brisbane
Base­ny w Bris­ba­ne

Busz i plaże w Australii

Po kil­ku dniach spę­dzo­nych w Bris­ba­ne i wędrów­kach po lokal­nym buszu, ruszy­li­śmy ciut na pół­noc w poszu­ki­wa­niu kan­gu­rów i koali. Już dru­gie­go dnia po kąpie­li uda­li­śmy się na wie­czor­ny pod­bój lokal­ne­go buszu. Mimo usil­nych poszu­ki­wań nie uda­ło nam się odna­leźć żad­ne­go koali. Posta­no­wi­li­śmy dać sobie dru­gą szan­sę i następ­ne­go dnia wstać wcze­śnie rano i zno­wu poszu­kać nasze­go skar­bu. W koń­cu się uda­ło — koala spo­glą­dał na nas z wyso­kie­go euka­lip­tu­sa, a mnie nawet posi­kał 🙂 Coż mamy więc za wspo­mnie­nia!! Pla­że w Austra­lii — bynaj­mniej te na pół­noc i połu­dnie od Bris­ba­ne wyglą­da­ją bar­dzo ład­nie. Woda nie jest zbyt cie­pła, ale dla nas Pola­ków nie jest tak źle. War­to zdać sobie spra­wę jed­nak, że morze jest tutaj dosko­na­łe dla sur­fe­rów, więc, aby popły­wać nie jest tak łatwo.

Kangury obok Brisbane
Kan­gu­ry obok Bris­ba­ne

Po kolej­nych dniach ruszy­li­śmy na połu­dnie, aby roz­ko­szo­wać się dalej cuda­mi austra­lij­skiej natu­ry. Dotar­li­śmy do Glass House Moun­ta­ins, gdzie uda­ło nam się spo­tkać rów­nież pra­cu­ją­cych tu Pola­ków. Wędrów­ki po buszu były dla nas bar­dzo odprę­ża­ją­ce, co wię­cej były miej­scem gdzie moż­na było uciec od upa­łów. Mimo, że te naj­więk­sze mia­ły być jesz­cze przed nami. W oko­li­cach par­ku, tuż przy dro­gach uda­ło nam się zoba­czyć mnó­stwo kan­gu­rów — były wszę­dzie. Te małe i te duże. Mogli­śmy patrzeć na nie godzi­na­mi, cze­ka­jąc na kolej­ny nie­sa­mo­wi­ty skok — coś wspa­nia­łe­go.

Glass House Mountains
Glass House Moun­ta­ins

Posiłki, grille i place zabaw w Australii

Nasze posił­ki zawsze sta­ra­my przy­go­to­wy­wać się w publicz­nych miej­scach spe­cjal­nie do tego przy­go­to­wa­nych. W przy­pad­ku dużych miast jest o tyle faj­nie, że są one dosko­na­le przy­go­to­wa­ne — zawsze czy­ste, oprócz tego znaj­du­je się woda pit­na, toa­le­ta oraz co chy­ba naj­waż­niej­sze — pla­ce zabaw dla dzie­ci. Nasze pocie­chy kocha­ją austra­lij­skie pla­ce zabaw — są świet­ne — ład­ne i bar­dzo dobrze pomy­śla­ne. Po pro­stu zro­bio­ne “z gło­wą”. Wszyst­ko ma tu swo­je miej­sce i prze­zna­cze­nie. Co wię­cej w mia­stach mamy do dys­po­zy­cji rów­nież elek­trycz­ne gril­le z któ­rych ocho­czo korzy­sta­my. Dzie­cia­kom naj­bar­dziej sma­ku­je kur­czak z gril­la, więc jak tyl­ko jest taka moż­li­wość, to sta­ra­my się go dla nich przy­go­to­wać.

Barbeque w Brisbane
Bar­be­que w Bris­ba­ne

Kava i Bula na Fidżi dookoła świata

Bula bula — kava goto­wa 🙂 Ponad 11 godzin w samo­lo­cie z Los Ange­les. Po dro­dze małe tur­bu­len­cje i siup — mamy nowy dzień — jako jed­ni z pierw­szych na świe­cie. Od tej pory już nie będzie­my budzić się, kie­dy w Pol­sce wszy­scy będą wycho­dzić na obiad — teraz to my będzie­my wsta­wać jako pierw­si. Mamy już 20 paź­dzier­ni­ka 2017, a wyje­cha­li­śmy 18 o godzi­nie 23:30.

Fidżi wita nas pięk­ną pogo­dą, a na lot­ni­sku cudow­ną muzy­ką. Już jeste­śmy pod­eks­cy­to­wa­ni. Mamy przed sobą cały dzień, bo lądo­wa­nie było tuż przed 6 rano. Zaraz potem uda­je­my się do hoste­lu. Stam­tąd jedzie­my zwie­dzać mia­sto Nadi. Czu­je­my się jak w mikro Indiach. Znaj­du­je się tutaj naj­więk­sza świą­ty­nia hin­du­ska na pół­ku­li połu­dnio­wej. Licz­ba hin­du­sów jest napraw­dę spo­ra — mnó­stwo indyj­skich skle­pów, dań. Sły­chać tutaj trzy języ­ki — fidżyj­ski, hin­du­sta­ni i angiel­ski. Każ­dy z nich jest ofi­cjal­nym języ­kiem Fidżi. Każ­dy pozdra­wia nas sło­wem bula — czy­li po pro­stu witaj, cześć.

Hinduska świątynia w Nadi
Hin­du­ska świą­ty­nia w Nadi

Targ w Nadi nie wywarł na nas spe­cjal­ne­go wra­że­nia. Owo­ców i warzyw mimo, że było dużo, to jed­nak ich róż­no­rod­ność była dość mała. To co go wyróż­nia­ło, to moż­li­wość zaku­pu korze­ni Piper methy­sti­cum uży­wa­nej do zro­bie­nia kavy (tak — czy­ta się tak samo, jak naszą kawę — sami miesz­kań­cy byli roz­ba­wie­ni i zacie­ka­wie­ni jak mówi­li­śmy, że u nas sło­wo brzmi tak samo 🙂 ). Napój kava, był kie­dyś pity jedy­nie przez wodzów wio­ski lub sza­ma­nów, teraz piją go wszy­scy. Oka­zu­je się, jed­nak, że ze wzglę­du na rosną­cy eks­port, kava jest coraz droż­sza. Rza­dziej jest też więc pita. Pozo­sta­je jed­nak bar­dzo waż­nym ele­men­tem życia tutej­szych miesz­kań­ców.

Fidżi targ

Aby zro­bić kavę nale­ży sprosz­ko­wa­ny korzeń — yago­na, wsy­pać do worecz­ka baweł­nia­ne­go i wymie­szać z wodą w spe­cjal­nym naczy­niu — tanoa. Po chwi­li woda sta­je się sza­ra — wyglą­da jak błot­ko — napój jest już goto­wy, moż­na przy­stą­pić do cere­mo­nii. Jesz­cze tyl­ko klap­nię­cie w dło­nie, ode­bra­nie bilo (łupi­na koko­sa) z nala­ną kavą i moż­na pić do dna. Piją wszy­scy doro­śli, aż tanoa będzie pusta — jeden po dru­gim, każ­dy z tego same­go bilo.

Kava - yagona
Kava — yago­na

Marzy­li­śmy o tym, aby uda­ło nam się uczest­ni­czyć w praw­dzi­wej cere­mo­nii picia kavy. Praw­dzi­wej, czy­li takiej, któ­ra nie będzie przy­go­to­wa­na pod tury­stów. Uda­ło nam się speł­nić to marze­nie 🙂 Tuż po odwie­dze­niu gór­skiej wio­ski, gdzie jesz­cze wie­lu miesz­kań­ców mieszka.w tra­dy­cyj­nych domach — bure, zawi­ta­li­śmy do mia­sta Ba.

Bure - tradycyjne domy na Fidżi
Bure — tra­dy­cyj­ne domy na Fidżi
Dzieciaki na Fidżi
Dzie­cia­ki na Fidżi

W miej­sco­wo­ści Ba, wpro­si­li­śmy się na impre­zę cha­ry­ta­tyw­ną Kościo­ła Kato­lic­kie­go. Kie­dy sta­li­śmy i patrze­li­śmy na całe wyda­rze­nie, nagle star­sza oso­ba z jed­nej wio­ski poma­cha­ła nam i zapro­si­ła nas do sie­bie. Super się ucie­szy­li­śmy, zaczę­li­śmy roz­ma­wiać i pod­czas roz­mo­wy zapro­po­no­wa­no nam dołą­cze­nie do cere­mo­nii. Nie mogli­śmy odmó­wić, było smacz­nie, miło i przy­jem­nie. Praw­dzi­wa kava z miesz­kań­ca­mi Fidżi — Bula, bula 🙂

Pijemy napój kava na Fiji
Pije­my napój kava na Fiji

 

Kava na Fidżi
Kava na Fidżi

Na Fiji wszę­dzie podró­żu­je­my auto­bu­sa­mi. Nie jest zbyt wygod­nie, ale jest za to cie­ka­wie i dość tanio. Cza­sa­mi jed­nak musi­my wziąć taxi, bo nie wszę­dzie auto­bu­sy dojeż­dża­ją. W auto­bu­sach wpro­wa­dzo­no nowy sys­tem kart zbli­że­nio­wych. Oka­zu­je się jed­nak, że dzia­ła on bar­dzo sła­bo, ludzi mają z tym pro­ble­my, czyt­ni­ki nie są dobrze opro­gra­mo­wa­ne. Na każ­dym przy­stan­ku kie­row­ca musi inter­we­nio­wać. Auto­bu­sy na Fiji czę­sto nie mają okien, jedy­nie zasło­nę, któ­ra jest spusz­cza­na w razie desz­czu. Wyglą­da to bar­dzo cie­ka­wie. Aby zatrzy­mać auto­bus nale­ży pocią­gnąć za sznu­re­czek, aby zadzwo­nił dzwo­nek. Takie roz­wią­za­nie widzie­li­śmy już w kra­jach Ame­ry­ki Łaciń­skiej. Przed nami jesz­cze kil­ka dni na wyspie, czas poka­że co będzie dalej…

Autobusy na Fidżi

 

Route 66

W naszej podró­ży po USA nie mogli­śmy obejść się bez prze­je­cha­nia tra­sy Route 66. Wie­dzie­li­śmy, że chce­my ją zoba­czyć, poczuć i dotknąć. Nie całą, ale jakiś więk­szy frag­ment…

Czytaj dalej
Balony w Albuquerque

Pod­czas naszej podró­ży jeste­śmy bar­dzo ela­stycz­ni. Może­my zmie­niać nasz plan podró­ży z dnia na dzień. Takie podej­ście pozwa­la nam wyko­rzy­sty­wać sytu­acje, któ­re w przy­pad­ku sztyw­ne­go pla­nu były­by nie­moż­li­we…

Czytaj dalej

Kanada dookoła świata

Vancouver

Vancouver
Van­co­uver

Naszą przy­go­dę z Kana­dą roz­po­czę­li­śmy w Van­co­uver. Mia­sto urze­kło nas swo­ją bli­sko­ścią z natu­rą. Morze i góry  w zasię­gu ręki, a zimą sto­ki nar­ciar­skie. W samym cen­trum są par­ki w któ­rych moż­na aktyw­nie spę­dzić czas. Cie­ka­we tra­sy, wiszą­ce mosty i przy­ro­da kusi każ­de­go tury­stę. Życie w Van­co­uver jest bar­dzo dro­gie, przede wszyst­kim ze wzglę­du na ogra­ni­czo­ne moż­li­wo­ści tere­nów pod zabu­do­wę — moż­na powie­dzieć, że  wręcz nie­moż­li­we. Mia­sto więc rośnie w górę, powsta­ją nowe wie­żow­ce któ­rych cena czę­sto dostęp­na jest tyl­ko dla tych naj­bo­gat­szych. Oprócz pro­ble­mu z roz­bu­do­wą, mia­sto ma rów­nież ogrom­ny kło­pot z nar­ko­ma­na­mi. Utwo­rzo­no miej­sce bez­płat­nej iniek­cji 24h na dobę. Ozna­cza to, że każ­dy kto chce, może podejść  i doko­nać iniek­cji w higie­nicz­nych warun­kach. Nikt nie pyta skąd dana oso­ba ma nar­ko­ty­ki — tę kwe­stię zosta­wia się na boku. Roz­ma­wia­jąc z miesz­kań­ca­mi Van­co­uver, ten temat oka­zu­je się bar­dzo deli­kat­ny i zda­nia są tutaj podzie­lo­ne. Dla dzie­ci mamy nadzie­ję, że była to szko­ła życia. Wido­ki napraw­dę dra­ma­tycz­ne.

 

Whistler

Na pół­noc od Van­co­uver znaj­du­je się wyjąt­ko­wo pięk­nie poło­żo­ne mia­stecz­ko — Whi­stler. Dojazd do mia­sta pro­wa­dzi nie­zwy­kle malow­ni­czą dro­gą — bar­dzo przy­po­mi­na­ła nam kra­jo­bra­zy z Nor­we­gii.

Whistler
Whi­stler

Mia­sto przy­cią­ga tury­stów cały rok. Zimą dosko­na­le przy­go­to­wa­ne sto­ki kusza miło­śni­ków nar­ciar­stwa.

Canadian Rockies

Canadian Rockies
Cana­dian Roc­kies

Jed­nym z naszych głów­nych celów były Góry Ska­li­ste — w Kana­dzie Cana­dian Roc­kies. Odwie­dzi­li­śmy tam Jasper i Banff Nacio­nal Park (Par­ki Naro­do­we). W samym Jasper czu­li­śmy się jak miło­śni­cy nar­ciar­stwa, ale bez sprzę­tu. Śnie­gu nasy­pa­ło tyle, że śmia­ło moż­na było poszu­so­wać przez jeden dzień. Oczy­wi­ście taka pogo­da zasko­czy­ła nie tyl­ko ludzi, ale rów­nież zwie­rzę­ta. Dla nas była to też szko­ła prze­trwa­nia w naszym namio­cie. Poka­zu­je to jak nasze zdro­wie  zale­ży od naszej psy­chi­ki. Nawet katar nas nie dopadł.

Namiot zimą w Kanadzie
Namiot zimą w Kana­dzie

W tym cza­sie zaczę­ło się ryko­wi­sko — moż­na było zoba­czyć i usły­szeć ryczą­ce jele­nie.

Rykowisko
Ryko­wi­sko

W par­kach też są misie Griz­zly i Czar­ne niedź­wie­dzie . Te pierw­sze mię­so­żer­ne. Mogą być nie­bez­piecz­ne. Czar­ne niedź­wie­dzie głow­nie jedzą owo­ce leśne. Jed­ne i dru­gie mogą odwie­dzić tury­stów na cam­pin­gu, dla­te­go trze­ba odpo­wied­nio zabez­pie­czać jedze­nie w aucie, lub scho­wać do spe­cjal­nych skrzy­nek, jeśli są dostęp­ne na cam­pin­gu. Na szla­kach trze­ba się zacho­wy­wać gło­śno, roz­ma­wiać, śpie­wać. My mię­li­śmy też docze­pio­ne spe­cjal­ne dzwoneczki(podobno nie dzia­ła­ją 🙂 ). Zaku­pi­li­śmy rów­nież spe­cjal­ny spray na misie. Repe­lent moż­na użyć tyl­ko w przy­pad­ku real­ne­go zagro­że­nia. Cie­ka­wa jest też gło­śna trąb­ka któ­ra ma ogłu­szyć misia. Byli­śmy więc wła­ści­wie przy­go­to­wa­ni. W par­kach są też kojo­ty i wil­ki. Dzie­ci więc nie powin­ny bie­gać po lesie same. Wszyst­ko to brzmi nie­bez­piecz­nie, ale w prak­ty­ce to wiel­ka przy­jem­ność masze­ro­wać po szla­kach par­ku. Jak na czas poza sezo­nem spo­ro osób mija­li­śmy na tra­sach i na cam­pin­gach też nie byli­śmy sami:) Licz­ba szla­ków jest impo­nu­ją­ca, mamy do wybo­ru nie tyl­ko tra­sy jed­no­dnio­we, ale rów­nież wie­lo­dnio­we (wystar­czy wte­dy wystą­pić o pozwo­le­nie na noc­leg na dzi­ko).

Canadian Rockies
Cana­dian Roc­kies

Po kil­ku dniach sło­necz­na pogo­da wró­ci­ła i mogli­śmy kon­ty­nu­ować dalej naszą podróż. 2 dni spę­dzi­li­śmy w pral­ni na kawie. Bar­dzo faj­ne miej­sce — pra­cu­je tam Czesz­ka. Moż­na się wyką­pać, wyprać pra­nie i wypić pysz­ną kawę. Oliw­ka pil­nie się uczy­ła a my korzy­sta­li­śmy z inter­ne­tu.

Pralnia w Jasper
Pral­nia w Jasper

W Cana­dian Roc­kies jed­ną z naj­lep­szych atrak­cji jest tra­sa pomię­dzy Jasper i Banff. Aby ją poko­nać musie­li­śmy cze­kać całe 2dni w związ­ku z nie­sprzy­ja­ją­cą pogo­dą — było war­to! Dro­ga ta uzna­wa­na jest za jed­ną z naj­lep­szych tras wido­ko­wych na świe­cie — urze­kła nas nie­sa­mo­wi­cie. Była to praw­dzi­wa pereł­ka. Tra­sa cią­gnie się przez oko­ło 200km, a wido­ki zapie­ra­ją dech w pier­siach napraw­dę przez cały czas.

Jasper - Banff
Jasper — Banff

Calgary

Calgary
Cal­ga­ry

Po 10 dniach spę­dzo­nych w górach dotar­li­śmy do Cal­ga­ry. Miesz­ka­li­śmy u wspa­nia­łej rodzi­ny z dzieć­mi. Mie­li­śmy oka­zję porów­nać naszą edu­ka­cję ponie­waż ku nasze­mu zasko­cze­niu dzie­ci  (4 kla­sa) nie mia­ły pod­ręcz­ni­ków do nauki i nigdy nie mają zadań domo­wych. Codzien­nie w szko­le uczą się 7.30h. Robią notat­ki w zeszy­tach i malu­ją obraz­ki sami. Nie przy­wią­zu­ją też uwa­gi do jako­ści pisma. Wszyst­ko po to, żeby nauka spra­wia­ła przy­jem­ność. Pomi­mo barie­ry języ­ko­wej, dzie­ci spę­dzi­ły nie­sa­mo­wi­te chwi­le z rówie­śni­ka­mi.

Edukacja w Kanadzie
Edu­ka­cja w Kana­dzie

W ponie­dzia­łek odwie­dzi­li­śmy też down­town Cal­ga­ry. Infor­ma­cje prze­ka­za­ne nam przez miesz­kań­ców mia­sta cał­ko­wi­cie się potwier­dzi­ły. Kry­zys na ryn­ku pali­wa i gazu zro­bił swo­je. Wie­le ludzi stra­ci­ło pra­cę, ceny nie­ru­cho­mo­ści lecą w dół, a cen­trum mia­sta wyglą­da­ło jak mia­sto duchów — bar­dzo mało ludzi, mimo, że byli­śmy tam w cza­sie, kie­dy całe cen­trum powin­no tęt­nić życiem.

Calgary puste centrum
Cal­ga­ry puste cen­trum

W cen­trum uda­li­śmy się rów­nież do pol­skiej kawiar­ni “Kawa”. Nie uda­ło nam się jed­nak spo­tkać z wła­ści­cie­la­mi. W środ­ku cały per­so­ne­lem to Chiń­czy­cy.

Polska kawiarnia w Calgary - Kawa
Pol­ska kawiar­nia w Cal­ga­ry — Kawa

Wra­ca­jąc do USA odwie­dzi­li­śmy daw­ne ran­czo  - muzeum Bar U Ranch.  Kie­dyś było tu 40 000 krów. Na każ­de  20000 przy­pa­da­ło 15 kow­bo­jów. Na począt­ku poje­cha­li­śmy brycz­ką w pole, aby zoba­czyć i posłu­chać jak kie­dyś to miej­sce tęt­ni­ło życiem. Moż­na było obej­rzeć  narzę­dzia, maszy­ny,  domy. Uczy­li­śmy się  uży­wać las­so i pró­bo­wa­li­śmy doić kro­wę, dzie­ci mogły też zro­bić wła­sne uszy kró­li­ka. Cała przy­go­da pochło­nę­ła nas na 3 godzi­ny. Z wiel­ką pasją opo­wia­da­li nam o tych daw­nych cza­sach pra­cow­ni­cy muzeum.

Rancho
Ran­cho

Pomi­mo tego, że Kana­da pod wzglę­dem pogo­dy nie była dla nas łaska­wa, to kraj ten na zawsze pozo­sta­nie w naszej pamię­ci. Cie­ka­wi ludzie, wspa­nia­łe kra­jo­bra­zy urze­kły nas na tyle, że na pew­no tu jesz­cze wró­ci­my!

Zapisz się do naszego newslettera
Chcesz być na bieżąco? Wpisz poniżej swój email i dostawaj jako pierwszy informacje o naszych wpisach!
Szanujemy Twoją prywatność