Tag

podróż dookoła świata

Browsing

 Marzenia się nie spełniają, marzenia się spełnia…

Książ­ki i podró­że to dwie rze­czy na któ­re wyda­je­my pie­nią­dze i sta­je­my się bogatsi.I tak wła­śnie jest z nami.…

Naszą podróż pla­no­wa­li­śmy  kil­ka lat. Był to czas licz­nych wyrze­czeń i wie­lu przy­go­to­wań. W 2017 roku wyru­szy­li­śmy speł­niać nasze marze­nie. Spę­dzi­li­śmy 366 dni poza domem. Razem z naszy­mi dzieć­mi odkry­wa­li­śmy odle­głe zakąt­ki naszej pla­ne­ty, objeż­dża­jąc świat dooko­ła. Było to dla nas nie lada wyzwa­nie. Spę­dzi­li­śmy nie­zli­czo­ne godzi­ny w  lokal­nych auto­bu­sach,  prze­szli­śmy  na nogach set­ki kilo­me­trów, cza­sa­mi oka nie zmru­ży­li­śmy, dźwi­ga­li­śmy cały nasz ekwi­pu­nek na ple­cach. Momen­ta­mi było cięż­ko, ale pozna­li­śmy fan­ta­stycz­nych ludzi, nie­za­po­mnia­ne sma­ki róż­nych zakąt­ków naszej zie­mi oraz to co naj­waż­niej­sze, sta­li­śmy się  dla sie­bie praw­dzi­wy­mi przy­ja­ciół­mi. Pod­czas naszej wypra­wy wspól­nie z mężem pod­ję­li­śmy się rów­nież pozasz­kol­nej edu­ka­cji naszych dzie­ci. W cza­sie tego bar­dzo inten­syw­ne­go roku posta­no­wi­łam pod­jąć jesz­cze jed­no wyzwa­nie jakim był pro­jekt “Fizjo­te­ra­pia na koń­cu świa­ta”. Chcia­łam napi­sać Wam w skró­cie co uda­ło mi się osią­gnąć.

W podró­ży po naj­wy­żej poło­żo­nym żeglow­nym jezio­rze świa­ta — Titi­ka­ka

Jestem fizjo­te­ra­peu­tą  od 13 lat. W Pol­sce  pra­co­wa­łam głów­nie  z pacjen­ta­mi orto­pe­dycz­ny­mi i neu­ro­lo­gicz­ny­mi. Ostat­nie lata pochło­nę­ła mnie pra­ca z dzieć­mi, któ­ra  przy­no­si mi dużo satys­fak­cji ale też skła­nia do cią­głe­go poszu­ki­wa­nia nowych mozli­wo­ści.  Posta­no­wi­łam więc pod­czas naszej rodzin­nej wypra­wy odwie­dzić roż­ne gabi­ne­ty  i zakła­dy fizjo­te­ra­peu­tycz­ne na świe­cie.

Zało­że­nia był nastę­pu­ją­ce: poznać ludzi, któ­rzy kocha­ją to co robią i wymie­nić się  z nimi  doświad­cze­nia­mi i pro­ble­ma­mi z jaki­mi bory­ka­ją się fizjo­te­ra­peu­ci na całym świe­cie. Inte­re­so­wa­ła mnie rów­nież orga­ni­za­cja ich  pra­cy, meto­dy tera­peu­tycz­ne oraz wypo­sa­że­nie gabi­ne­tów.

Terapia w Boliwii

Fizjo­te­ra­pia w Boli­wii

Swo­ją przy­go­dę roz­po­cze­łam w Boli­wii w sto­li­cy La Paz. Przez 3 dni mia­łam moż­li­wość pra­co­wać z lokal­ny­mi pacjen­ta­mi. W Boli­wii tyl­ko nie­licz­ni tera­peu­ci koń­czą dodat­ko­we kur­sy, na któ­re muszą wyjeż­dzać do Mek­sy­ku lub Sta­nów Zjed­no­czo­nych Ame­ry­ki. Nie każ­de­go też na nie stać.  Wypo­sa­że­nie gabi­ne­tow jest też bar­dzo skrom­ne. W gabi­ne­cie mia­łam moż­li­wość pra­co­wać z róż­ny­mi dzieć­mi, więk­szość z nich  były to  napraw­dę trud­ne przy­pad­ki.  Dla mnie było  to rów­nież spo­re  wyzwa­nie języ­ko­we, ponie­waż  roz­ma­wia­li­śmy głów­nie po hisz­pań­sku. Fizjo­te­ra­peut­ka któ­rą pozna­łam mia­ła ukoń­czo­ne  mię­dzy­na­ro­do­we kur­sy i była rów­nież zain­te­re­so­wa­na moim podej­ściem do pacjen­ta. To były bar­dzo cie­ka­we doświad­cze­nia, któ­re pozwo­li­ły nam spoj­rzeć na pacjen­tów ina­czej. 

Mała pacjent­ka w Boli­wii

Dużym zain­te­re­so­wa­niem cie­szy­ły się meto­dy Bobath i Voj­ta, któ­re pre­zen­to­wa­łam na pacjen­tach oraz na samej tera­peut­ce. Poza gabi­ne­tem był czas na  pry­wat­ne roz­mo­wy i zwie­dza­nie mia­sta. To jed­na z tych pierw­szych przy­jaź­ni w podró­ży.

Kolumbia — przychodnia w Bogocie

Pacjent w Bogo­cie w Kolum­bii

Kolej­nym kra­jem uję­tym w pro­jek­cie była Kolum­bia. W sto­li­cy Bogo­cie odwie­dzi­łam dużą przy­chod­nię reha­bi­li­ta­cyj­ną. Przy­chod­nia była podob­na do naszych pol­skich, ale szcze­gól­nie zain­te­re­so­wa­ła mnie sala ergo­te­ra­pii i podej­ście do powro­tu pacjen­ta do pra­cy. Ilość róż­nych przed­mio­tów wyko­rzy­sty­wa­nych przez pacjen­ta  na co dzień  była impo­nu­ją­ca. Z wła­ści­cie­lem przy­chod­ni uda­ło nam się rów­nież wybrać w oko­licz­ne góry. Mie­li­śmy więc oka­zję, żeby dłu­żej poroz­ma­wiać o pro­ble­mach i wyzwa­niach w naszej pra­cy.

Meksyk — bardzo nowoczesny

Dru­ży­na fizjo­te­ra­peu­tów w Mek­sy­ku

 W Mek­sy­ku, a dokład­nie w sto­li­cy odwie­dzi­łam nowo­cze­sne cen­trum reha­bi­li­ta­cyj­ne. Byla to naj­le­piej roz­wi­nię­ta pla­ców­ka reha­bi­li­ta­cyj­na wśród tych któ­re uda­ło mi się zoba­czyć w Ame­ry­ce Łaciń­skiej. Bar­dzo dobry sprzęt oraz wykwa­li­fi­ko­wa­na kadra miło mnie zasko­czy­ła. Testo­wa­li­śmy sprzęt i wymie­nia­li­śmy się umie­jęt­no­ścia­mi. Czas upły­nął nam napraw­dę szyb­ko, a dzie­ci mia­ły solid­ny tre­ning.

Vancouver 

Pacjen­ci w jed­nej z kli­nik w Van­co­ouver w Kana­dzie

Następ­nym punk­tem w mojej fizjo­te­ra­peu­tycz­nej przy­go­dzie było mia­sto Van­co­uver w Kana­dzie. Odwie­dzi­łam tam 2 filie przy­chod­ni reha­bi­li­ta­cyj­nej, któ­ra roz­wi­ja się bar­dzo pręż­nie. Naj­więk­sze wra­że­nie zro­bi­ło na mnie wypo­sa­że­nie sal i pomy­sły tera­peu­tów.  W związ­ku z tym, że nie posia­da­łam odpo­wied­nie­go ubez­pie­cze­nia nie mogłam pra­co­wać z pacjen­ta­mi, ale towa­rzy­szy­łam im w tera­pii, gdzie roz­ma­wia­li­śmy o pro­ble­mach i nowa­tor­skich roz­wią­za­niach. Myślę, że to jest przy­kład w jakim kie­run­ku powin­na roz­wi­jać się fizjo­te­ra­pia w Pol­sce,

W Nowej Zelan­dii pozna­łam fizjo­te­ra­peut­kę któ­ra w wie­ku 50 lat roz­po­czę­ła stu­dia z logo­pe­dii i aktu­al­nie pra­cu­je jako logo­pe­da. Dzię­ki temu mogły­śmy poru­szyć wie­le cie­ka­wych tema­tów. Pró­bo­wa­łam rów­nież umó­wić się na wizy­tę do szpi­ta­la, ale w związ­ku z okre­sem świą­tecz­nym było to utrud­nio­ne.

Tera­peu­ci z pręż­nie dzia­ła­ją­cych kli­nik w Van­co­uver.

Australia, czyli fizjoterapia wśród kangurów

Austra­lia — na tle wspa­nia­łej sztu­ki abo­ry­geń­skiej z jed­ną z tera­peu­tek.

W Bris­ba­ne w Austra­li rów­nież z powo­du bra­ku ubez­pie­cze­nia asy­sto­wa­łam przy tera­pii. Był jed­nak to czas bar­dzo  owoc­ny, moc­no roz­sze­rza­ją­cy ogól­ne rozu­mie­nie fizjo­te­ra­pii. Ana­li­zo­wa­li­śmy róż­ne testy uła­twia­ją­ce dia­gno­sty­kę oraz pozna­łam autor­ski pro­gram lecze­nia zaparć u dzie­ci.

 W pla­nach wymia­ny doświad­czeń mia­łam jesz­cze Azję, ale tutaj jed­nak z bra­ku cza­su, cięż­ko było nawią­zać odpo­wied­nie kon­tak­ty. Głów­nym pro­ble­mem był tam rów­nież język.

Fizjo­te­ra­peu­ci, któ­rych pozna­łam pod­czas podró­ży oka­za­li się otwar­ci na wymia­nę doświad­czeń, poświę­ci­li mi swój cen­ny czas  oraz podzie­li­li się wie­dzą i pacjen­ta­mi. Pozna­łam fan­ta­stycz­nych ludzi, a doświad­cze­nia, któ­re zdo­by­łam na pew­no zaowo­cu­ją.

Wietnam w podróży dookoła świata

Do Wiet­na­mu chcie­li­śmy jechać od daw­na, był on jed­nym z tych miejsc, któ­re bar­dzo nas cie­ka­wi­ły. Miał być dość inny od pozo­sta­łych kra­jów Azji Połu­dnio­wo-Wschod­niej. Czy tak jest napraw­dę, powo­li się prze­ko­nu­je­my, że tak.

Granica Wietnam Kambodża

Przej­ście gra­nicz­ne Kam­bo­dża-Wiet­nam nale­ży do dość spo­koj­nych. Nie ma tutaj sytu­acji zna­nych z gra­nic Laos — Kam­bo­dża, czy Taj­lan­dia-Laos, gdzie albo ktoś chce nas oszu­kać poprzez dodat­ko­wą opła­tę zwią­za­ną ze znacz­ka­mi, czy ksią­żecz­ką szcze­pień, lub co wię­cej pomoc­nik kie­row­cy pró­bu­je uła­twić nam przej­ście gra­nicz­ne ze dodat­ko­wą opła­tą o któ­rej wcze­śniej nie mówi. Tutaj takich rze­czy nie ma.

 

Ho Chi Minh, czy aby nasz znany Sajgon

W Saj­go­nie oka­za­ło się, że nie do koń­ca jest aż tak strasz­nie. Fak­tycz­nie licz­ba moto­cy­kli napraw­dę robi wra­że­nie, jed­nak już po krót­kim cza­sie uda­je nam się odnaj­dy­wać w zupeł­ni innej rze­czy­wi­sto­ści. Czer­wo­ne, czy zie­lo­ne świa­tło to jedy­nie suge­stia zarów­no do kie­row­cy, jak i dla pie­sze­go. W związ­ku z tym nale­ży mieć oczy sze­ro­ko otwar­te i wte­dy przej­ście przez jezd­nię, mimo, że tro­chę stre­su­ją­ce nie jest takie skom­pli­ko­wa­ne.

Na moto­cykl w Wiet­na­mie moż­na wło­żyć dosłow­nie wszyst­ko. Nie waż­ne ile waży, jakie jest wyso­kie, czy jakie jest dłu­gie.

Co można włożyć na motocykl
Co można włożyć na moto­cykl

muzeum pozostałości wojennych

Odwie­dzi­li­śmy. Obraz woj­ny wiet­nam­skiej poka­za­ny ocza­mi Wiet­nam­czy­ków robi nie­sa­mo­wi­te wra­że­nie. Licz­by ofiar, zdję­cia, opi­sy ope­ra­cji wojen­nych uka­zu­ją­cych bru­tal­ność walk i tra­ge­dię ich ofiar są osza­ła­mia­ją­ce. Rów­nież dla naszych dzie­ci było to dość cięż­kie, cho­ciaż zapew­ne nie do koń­ca zda­wa­li sobie spra­wę z wszyst­kie­go co widzą. W muzeum znaj­dzie­my rów­nież wie­le arte­fak­tów wojen­nych, samo­lo­ty, dzia­ła, czy wsze­la­ką broń uży­wa­ną w tam­tym okre­sie.

Muzeum pozostałości wojennych
Muzeum pozostałości wojen­nych

Helikopter wojenny
Heli­kop­ter wojen­ny

ludzie w wietnamie

Ludzie w Wiet­na­mie wyda­ją się dość róż­ni od tych z sąsied­nich kra­jów. Napi­sze­my o tym osob­ny arty­kuł, bo cięż­ko jest powie­dzieć o tym w dwóch zda­niach. Tutaj odno­śnik do arty­ku­łu.

tradycja i nowoczesność

Saj­gon jest olbrzy­mim mia­stem. Cięż­ko być wszę­dzie. Nam uda­ło się spę­dzić w mie­ście kil­ka dni. Spa­li­śmy w dziel­ni­cy Pham Ngu Lao, gdzie impre­zy ulicz­ne trwa­ły do same­go rana. W pierw­szą noc było napraw­dę cięż­ko usnąć. W dru­gą noc zdą­ży­li­śmy się już przy­zwy­cza­ić.

Pham Ngu Lao
Pham Ngu Lao

Ho Chi Minh nowocześnie
Ho Chi Minh nowocześnie

W oko­li­cach cen­trum tra­dy­cja mie­sza się z nowo­cze­sno­ścią. Wie­żow­ce, budyn­ki finan­so­we, biu­row­ce oto­czo­ne są ubo­gi­mi miej­sca­mi. Ceny za posi­łek, kawę mogą się tutaj napraw­dę dra­stycz­nie róż­nić na bar­dzo małych odle­gło­ściach. No cóż, tutaj każ­da knajp­ka ma swo­je­go klien­ta.

W nowo­cze­snej czę­ści uda­ło nam się zna­leźć nie­sa­mo­wi­tą księ­gar­nię. Było tam napraw­dę wszyst­ko. Kupi­li­śmy Oliw­ce książ­kę z angiel­skie­go, dzię­ki cze­mu mogła dalej szko­lić się pod­czas podróż­ni­czej edu­ka­cji domo­wej. Wcze­śniej opa­no­wa­ła już czy­ta­nie genial­nych ksią­żek z serii Dr. Seuss’a.

Książka z angielskiego

 

BINH TAJ MARKET

Na posił­ki cho­dzi­li­śmy na pobli­ski mar­ket. Ceny były prze­róż­ne, gene­ral­nie, czym bar­dziej weszło się w cen­trum tar­gu, tym ceny były niż­sze i to nawet bar­dzo. Trze­ba było się przy­zwy­cza­ić, że Wiet­nam­czy­cy poda­ją kwo­tę czę­sto kil­ku­krot­nie wyż­szą niż jest, więc tar­go­wać się nale­ży i to bar­dzo. To co waż­ne — jeśli nie masz zamia­ru cze­goś kupić, to po pro­stu nawet na to nie patrz, że o dotknię­ciu już nie wspo­mnę — reak­cja sprze­daw­cy może cię bar­dzo zasko­czyć. W naj­lep­szym wypad­ku “jedy­nie” pokrzy­czy i każe ucie­kać ci gdzie pieprz rośnie…

Oprócz stan­dar­do­we­go wiet­nam­skie­go jedzon­ka, gdzie prym wie­dzie zup­ka Pho moż­na na tar­gu spró­bo­wać rów­nież tęczo­we­go ryżu. Sku­si­li­śmy się na taką kolo­ro­wą mie­szan­ką. Trze­ba przy­znać, że smak każ­de­go kolo­ru był napraw­dę dobry. Co cie­ka­we, to nie che­mia, a sama natu­ra — kolo­ro­we liście, któ­re są wcze­śniej goto­wa­ne, powo­du­ją, że ryż ten tak pięk­nie wyglą­da.

Kolorowy ryż
Kolo­ro­wy ryż

Co cie­ka­we, kolo­ry na któ­re zabar­wio­ny jest ryż, nie są bez zna­cze­nia.  Żół­ty kolor ozna­cza zie­mię, czer­wo­ny ogień, zie­lo­ny rośli­ny, bia­ły metal, a czar­ny wodę. Ludzie wie­rzą, że te kolo­ry two­rzą har­mo­nię pomię­dzy nie­bem, zie­mią i czło­wie­kiem.

Nastał czas, aby opu­ścić Taj­lan­dię. Była to bar­dzo szyb­ka decy­zja. Po doje­cha­niu do Chiang Rai, któ­re wyda­ło nam się nie­zbyt cie­ka­wym miej­scem, uda­li­śmy się czym prę­dzej do Bia­łej Świą­ty­ni — Wat Rong Khun, gdzie podzi­wia­jąc nie­zwy­kły maj­stersz­tyk taj­skie­go arty­sty, weszli­śmy do zupeł­nie inne­go świa­ta. Świą­ty­nia zosta­ła wybu­do­wa­na w roku 1997, czy­li nie tak daw­no. To co nas w niej zasko­czy­ło i strasz­nie zdzi­wi­ło to nie tyl­ko cie­ka­wy i jak­że odmien­ny wygląd zewnętrz­ny, ale rów­nież to co spo­tka­li­śmy wewnątrz. W środ­ku zamiast tra­dy­cyj­nych malun­ków przed­sta­wia­ją­cych życie Bud­dy, spo­tkać moż­na nowo­cze­sne sce­ny repre­zen­tu­ją­ce sam­sa­rę. Znaj­dzie­my tutaj samo­lot ude­rza­ją­cy w dwie wie­rze w USA, ele­men­ty z fil­mu Matrix, Super­ma­na, Żół­wie Nin­ja, Elvi­sa, Hel­lo Kit­ty. Odno­si się wra­że­nie, że wnę­trze tej świą­ty­ni, to cią­gły pro­ces twór­czy. Kto wie, co nowe­go będzie moż­na zoba­czyć tam za 10–20lat…
W środ­ku nie moż­na robić zdjęć, więc wszyst­kich cie­ka­wych zapra­sza­my do Taj­lan­dii.

Biała Świątynia Wat Rong Khun
Bia­ła Świątynia Wat Rong Khun

Biała Świątynia Wat Rong Khun
Bia­ła Świątynia Wat Rong Khun

Biała Świątynia Wat Rong Khun
Bia­ła Świątynia Wat Rong Khun

Obok świą­ty­ni zoba­czy­li­śmy rów­nież wal­ki kogu­tów. Przed wej­ściem na are­nę, kogu­ty cze­ka­ją w dru­cia­nych klat­kach poroz­kła­da­nych wzdłuż uli­cy. Wyglą­da to bar­dzo inte­re­su­ją­co, Tajo­wie z nie­cier­pli­wo­ścią cze­ka­ją na wynik wal­ki.

Walki Kogutów w Tajlandii
Wal­ki Kogutów w Taj­lan­dii

Koguty przed walką
Kogu­ty przed wal­ką

Arena walki kogutów w Tajlandii
Are­na wal­ki kogutów w Taj­lan­dii

Po powro­cie do Chiang Rai ruszy­li­śmy wprost do gra­ni­cy z Laosem. Wkrót­ce cze­ka nas wiel­ka przy­go­da — dwu­dnio­wa podróż łodzią rze­ką Mekong do Luang Pra­bang.

Targ na torach w Taj­lan­dii to jeden ze smacz­ków, któ­re uda­ło nam się odwie­dzić tuż po opusz­cze­niu Bang­ko­ku. Znaj­du­je się on oko­ło 70km na połu­dnio­wy zachód od sto­li­cy Taj­lan­dii. Doje­chać moż­na do nie­go na wie­le spo­so­bów. My nato­miast wybra­li­śmy dojazd pocią­giem, aby na wła­snej skó­rze prze­ko­nać się, że pocią­giem w zatło­czo­ny targ napraw­dę da się wje­chać.

Pociąg to jeden z naszych ulu­bio­nych środ­ków trans­por­tu. W Taj­lan­dii pocią­gi są dosyć tanie, więc podró­żo­wa­nie nimi ma kolej­ny atut. Co cie­ka­we doje­cha­nie do tego tar­gu nie jest takie pro­ste. Aby tam dotrzeć nale­ży prze­je­chać dwo­ma pocią­ga­mi oraz jed­nym pro­mem. Zda­li­śmy sobie spra­wę z tego fak­tu patrząc na mapę i zasta­na­wia­jąc się jak tam doje­chać. Naszą podróż roz­po­czę­li­śmy od uda­nia się na połu­dnio­wy dwo­rzec kole­jo­wy Won­gwian Yai. Na począt­ku kupi­li­śmy bilet do pierw­szej miej­sco­wo­ści Maha­chai, któ­ry kosz­to­wał nas 10THB (1zł) od oso­by — dzie­ci nie pła­ci­ły.

Bilet do Manachai
Bilet do Mana­chai

Pociąg dru­gą kla­są wyglą­dał, tak jak nasz pol­ski pociąg.

Pociąg drugiej klasy w Tajlandii
Pociąg dru­giej kla­sy w Taj­lan­dii

Ruszy­li­śmy w dro­gę. Cały czas roz­glą­da­li­śmy się na lewo i pra­wo. Wypa­try­wa­li­śmy co cie­ka­we­go widać za okna­mi pędzą­ce­go pocią­gu.

Widoki z okna pociągu do Manachai
Wido­ki z okna pociągu do Mana­chai

Widoki z okna pociągu do Manachai
Wido­ki z okna pociągu do Mana­chai

Nie zawsze było pięk­nie, ale na pew­no było cie­ka­wie i róż­no­rod­nie. Po nie­speł­na godzi­nie doje­cha­li­śmy do ostat­niej sta­cji — Macha­chai. Poni­żej poda­je­my roz­kład jaz­dy dla wszyst­kich zain­te­re­so­wa­nych.

Mahachai
Maha­chai

Rozkład jazdy pociągu Manachai Wongwian Yai
Roz­kład jaz­dy pociągu Mana­chai Won­gwian Yai

Zaraz po wyj­ściu z pocią­gu musie­li­śmy czym prę­dzej udać się na prom. Szli­śmy dość szyb­ko spo­glą­da­jąc na lewo i pra­wo, co cie­ka­we­go tym razem przy­ku­je naszą uwa­gę na lokal­nej uli­cy. Ze wszyst­kich stron ota­cza­ły nas stra­ga­ny z jedze­niem i wszyst­kim tym co potrzeb­ne tutej­szym miesz­kań­com każ­de­go dnia. Maha­chai nie jest tury­stycz­ną miej­sco­wo­ścią, więc żad­nych pamią­tek raczej tam nie znaj­dzie­my.

Mahachai idziemy na prom
Maha­chai idzie­my na prom

Targ w Mahachai
Targ w Maha­chai

Bie­gli­śmy, bie­gli­śmy i w koń­cu uda­ło się. Zna­leź­li­śmy miej­sce skąd odpły­wa prom na dru­gą stro­nę rze­ki Than Chin wpły­wa­ją­cej bez­po­śred­nio do Zato­ki Taj­landz­kiej. Bilet w jed­ną stro­nę kosz­to­wał 3THB (30gr) — dzie­ci nie pła­ci­ły.

Prom w Mahachai
Prom w Maha­chai

Czas prze­pra­wy wyniósł zale­d­wie kil­ka minut. Po dru­giej stro­nie rze­ki szyb­ko opu­ści­li­śmy prom i poma­sze­ro­wa­li­śmy szyb­kim tem­pem na kolej­ny peron z któ­re­go mie­li­śmy bez­po­śred­nio poje­chać do Maeklong na nasz dłu­go ocze­ki­wa­ny targ. Oka­zał się jed­nak, że albo za wol­no szli­śmy, albo po pro­stu uło­że­nie pocią­gów nie do koń­ca jest ze sobą zgra­ne — spóź­ni­li­śmy się 15min. Nic nie mogli­śmy pora­dzić — trze­ba było cze­kać na następ­ny pociąg. Bilet do Maeklong kosz­to­wał 10THB (1zł) — dzie­ci nie pła­ci­ły. Poni­żej poda­je­my roz­kład jaz­dy dla zain­te­re­so­wa­nych.

Bilet do Maeklong z Ban Laem
Bilet do Maeklong z Ban Laem

Rozklad jazdy Maeklong Ban Laem
Roz­klad jaz­dy Maeklong Ban Laem

Rozklad jazdy Maeklong Ban Laem
Roz­klad jaz­dy Maeklong Ban Laem

Sama sta­cja kole­jo­wa w Ban Laem wyglą­da dość inte­re­su­ją­co. Wie­le rodzin, któ­re tam miesz­ka gotu­je dania dla podróż­nych dzię­ki cze­mu, nie pła­cąc dodat­ko­wo za lokal, mogą zaro­bić na życie. Sie­dząc przy posił­ku moż­na mieć wido­ki wprost na miesz­ka­nie wła­ści­cie­la 🙂 Cze­ka­jąc na następ­ny pociąg posta­no­wi­li­śmy zwie­dzić mia­sto. Po dro­dze zoba­czy­li­śmy pra­cę nad nową Świą­ty­nią Bud­dy, któ­ra pew­nie nie­ba­wem sta­nie się dumą tutej­szych miesz­kań­ców. Pra­cow­ni­cy sta­ran­nie wyko­ny­wa­li swo­ją pra­cę. Z dale­ka i z bli­ska efek­ty były impo­nu­ją­ce.

Ban Laem Budda
Ban Laem Bud­da

Spra­gnie­ni kosz­to­wa­li­śmy koko­sów oraz dzie­cia­ki dosta­ły moż­li­wość zasiąść za ste­ra­mi lokal­nych tuk-tuków, któ­re aku­rat tutaj wyglą­da­ją ciut ina­czej i są bar­dzo kolo­ro­we.

Tuk tuk w Ban Laem
Tuk tuk w Ban Laem

W dro­dze powrot­nej oka­za­ło się, że jed­na z dziew­czy­nek z mia­sta ma wła­śnie uro­dzi­ny. Obcho­dzi­ła je w rodzin­nym gro­nie tuż przy uli­cy. Kie­dy zoba­czy­ła nasze dzie­cia­ki obda­ro­wa­ła je cukier­ka­mi. My nie pozo­sta­li­śmy dłuż­ni, poda­ro­wa­li­śmy jej to co mie­li­śmy — gadże­ty z Gmi­ny Trzeb­ni­cy. Wszy­scy byli bar­dzo zado­wo­le­ni.

Oliwka z Solenizantką
Oliw­ka z Sole­ni­zant­ką

Wró­ci­li­śmy na peron. Pocze­ka­li­śmy jesz­cze kil­ka­na­ście minut i pociąg przy­je­chał. Byli­śmy ura­do­wa­ni. Teraz pozo­sta­ło tyl­ko z nie­cier­pli­wo­ścią pocze­kać na targ, któ­ry już nie­ba­wem miał uka­zać się naszym oczom. Kie­dy dojeż­dża­li­śmy do sta­cji Maeklong, cały czas było sły­chać jak pociąg infor­mu­je o swo­im przy­jeź­dzie. Wyj­rze­li­śmy przez okno i już mogli­śmy zoba­czyć wie­le osób sto­ją­cych zale­d­wie kil­ka­na­ście cen­ty­me­trów od pocią­gu.

Pociąg na targu na torach
Pociąg na tar­gu na torach

Dużo lep­szym wido­kiem jest jed­nak zoba­cze­nie, jak wyglą­da cały pro­ce­der skła­da­nia tar­gu tuż przed nad­jeż­dża­ją­cym pocią­giem.  Infor­ma­cje o nad­jeż­dża­ją­cym pocią­gu moż­na usły­szeć z gło­śni­ków w dwóch języ­kach — taj­skim oraz angiel­skim. Następ­nie po kil­ku minu­tach sły­chać już pociąg. Ludzie zaczy­na­ją szu­kać miej­sca gdzie mogą się ukryć. Na pły­tach wokół torów nama­lo­wa­ne są czer­wo­ne linie ozna­cza­ją­ce bez­piecz­ną odle­głość od pocią­gu.  Wszyst­ko jed­nak idzie dość spraw­nie i po kil­ku minu­tach życie na tar­gu wra­ca do nor­mal­no­ści.

Poni­żej fil­mik z momen­tu wjaz­du pocią­gu na targ.

Wra­ca­jąc po trzech dniach z miej­sco­wo­ści Maaeklong, sta­li­śmy z Kac­prem z przo­du pocią­gu. Maszy­ni­sta otwo­rzył nam drzwi i wpro­wa­dził do miej­sca, gdzie z same­go czo­ła pocią­gu mogli­śmy patrzeć na cały targ. Co wię­cej chwi­lę po rusze­niu pociąg zatrzy­mał się, a lokal­ny sprze­daw­ca z tar­gu dał maszy­ni­ście dwa lody. Jeden z nich poda­ro­wał Kac­pro­wi — był on bar­dzo zado­wo­lo­ny.

Kacper dostaje loda od maszynisty
Kac­per dosta­je loda od maszy­ni­sty

My w pociągu do Maeekong
My w pociągu do Maeekong

 

Translate »
Zapisz się do naszego newslettera
Chcesz być na bieżąco? Wpisz poniżej swój email i dostawaj jako pierwszy informacje o naszych wpisach!
Szanujemy Twoją prywatność