Tag

Najlepsze Wpisy

Browsing

 Marzenia się nie spełniają, marzenia się spełnia…

Książ­ki i podró­że to dwie rze­czy na któ­re wyda­je­my pie­nią­dze i sta­je­my się bogatsi.I tak wła­śnie jest z nami.…

Naszą podróż pla­no­wa­li­śmy  kil­ka lat. Był to czas licz­nych wyrze­czeń i wie­lu przy­go­to­wań. W 2017 roku wyru­szy­li­śmy speł­niać nasze marze­nie. Spę­dzi­li­śmy 366 dni poza domem. Razem z naszy­mi dzieć­mi odkry­wa­li­śmy odle­głe zakąt­ki naszej pla­ne­ty, objeż­dża­jąc świat dooko­ła. Było to dla nas nie lada wyzwa­nie. Spę­dzi­li­śmy nie­zli­czo­ne godzi­ny w  lokal­nych auto­bu­sach,  prze­szli­śmy  na nogach set­ki kilo­me­trów, cza­sa­mi oka nie zmru­ży­li­śmy, dźwi­ga­li­śmy cały nasz ekwi­pu­nek na ple­cach. Momen­ta­mi było cięż­ko, ale pozna­li­śmy fan­ta­stycz­nych ludzi, nie­za­po­mnia­ne sma­ki róż­nych zakąt­ków naszej zie­mi oraz to co naj­waż­niej­sze, sta­li­śmy się  dla sie­bie praw­dzi­wy­mi przy­ja­ciół­mi. Pod­czas naszej wypra­wy wspól­nie z mężem pod­ję­li­śmy się rów­nież pozasz­kol­nej edu­ka­cji naszych dzie­ci. W cza­sie tego bar­dzo inten­syw­ne­go roku posta­no­wi­łam pod­jąć jesz­cze jed­no wyzwa­nie jakim był pro­jekt “Fizjo­te­ra­pia na koń­cu świa­ta”. Chcia­łam napi­sać Wam w skró­cie co uda­ło mi się osią­gnąć.

W podró­ży po naj­wy­żej poło­żo­nym żeglow­nym jezio­rze świa­ta — Titi­ka­ka

Jestem fizjo­te­ra­peu­tą  od 13 lat. W Pol­sce  pra­co­wa­łam głów­nie  z pacjen­ta­mi orto­pe­dycz­ny­mi i neu­ro­lo­gicz­ny­mi. Ostat­nie lata pochło­nę­ła mnie pra­ca z dzieć­mi, któ­ra  przy­no­si mi dużo satys­fak­cji ale też skła­nia do cią­głe­go poszu­ki­wa­nia nowych mozli­wo­ści.  Posta­no­wi­łam więc pod­czas naszej rodzin­nej wypra­wy odwie­dzić roż­ne gabi­ne­ty  i zakła­dy fizjo­te­ra­peu­tycz­ne na świe­cie.

Zało­że­nia był nastę­pu­ją­ce: poznać ludzi, któ­rzy kocha­ją to co robią i wymie­nić się  z nimi  doświad­cze­nia­mi i pro­ble­ma­mi z jaki­mi bory­ka­ją się fizjo­te­ra­peu­ci na całym świe­cie. Inte­re­so­wa­ła mnie rów­nież orga­ni­za­cja ich  pra­cy, meto­dy tera­peu­tycz­ne oraz wypo­sa­że­nie gabi­ne­tów.

Terapia w Boliwii

Fizjo­te­ra­pia w Boli­wii

Swo­ją przy­go­dę roz­po­cze­łam w Boli­wii w sto­li­cy La Paz. Przez 3 dni mia­łam moż­li­wość pra­co­wać z lokal­ny­mi pacjen­ta­mi. W Boli­wii tyl­ko nie­licz­ni tera­peu­ci koń­czą dodat­ko­we kur­sy, na któ­re muszą wyjeż­dzać do Mek­sy­ku lub Sta­nów Zjed­no­czo­nych Ame­ry­ki. Nie każ­de­go też na nie stać.  Wypo­sa­że­nie gabi­ne­tow jest też bar­dzo skrom­ne. W gabi­ne­cie mia­łam moż­li­wość pra­co­wać z róż­ny­mi dzieć­mi, więk­szość z nich  były to  napraw­dę trud­ne przy­pad­ki.  Dla mnie było  to rów­nież spo­re  wyzwa­nie języ­ko­we, ponie­waż  roz­ma­wia­li­śmy głów­nie po hisz­pań­sku. Fizjo­te­ra­peut­ka któ­rą pozna­łam mia­ła ukoń­czo­ne  mię­dzy­na­ro­do­we kur­sy i była rów­nież zain­te­re­so­wa­na moim podej­ściem do pacjen­ta. To były bar­dzo cie­ka­we doświad­cze­nia, któ­re pozwo­li­ły nam spoj­rzeć na pacjen­tów ina­czej. 

Mała pacjent­ka w Boli­wii

Dużym zain­te­re­so­wa­niem cie­szy­ły się meto­dy Bobath i Voj­ta, któ­re pre­zen­to­wa­łam na pacjen­tach oraz na samej tera­peut­ce. Poza gabi­ne­tem był czas na  pry­wat­ne roz­mo­wy i zwie­dza­nie mia­sta. To jed­na z tych pierw­szych przy­jaź­ni w podró­ży.

Kolumbia — przychodnia w Bogocie

Pacjent w Bogo­cie w Kolum­bii

Kolej­nym kra­jem uję­tym w pro­jek­cie była Kolum­bia. W sto­li­cy Bogo­cie odwie­dzi­łam dużą przy­chod­nię reha­bi­li­ta­cyj­ną. Przy­chod­nia była podob­na do naszych pol­skich, ale szcze­gól­nie zain­te­re­so­wa­ła mnie sala ergo­te­ra­pii i podej­ście do powro­tu pacjen­ta do pra­cy. Ilość róż­nych przed­mio­tów wyko­rzy­sty­wa­nych przez pacjen­ta  na co dzień  była impo­nu­ją­ca. Z wła­ści­cie­lem przy­chod­ni uda­ło nam się rów­nież wybrać w oko­licz­ne góry. Mie­li­śmy więc oka­zję, żeby dłu­żej poroz­ma­wiać o pro­ble­mach i wyzwa­niach w naszej pra­cy.

Meksyk — bardzo nowoczesny

Dru­ży­na fizjo­te­ra­peu­tów w Mek­sy­ku

 W Mek­sy­ku, a dokład­nie w sto­li­cy odwie­dzi­łam nowo­cze­sne cen­trum reha­bi­li­ta­cyj­ne. Byla to naj­le­piej roz­wi­nię­ta pla­ców­ka reha­bi­li­ta­cyj­na wśród tych któ­re uda­ło mi się zoba­czyć w Ame­ry­ce Łaciń­skiej. Bar­dzo dobry sprzęt oraz wykwa­li­fi­ko­wa­na kadra miło mnie zasko­czy­ła. Testo­wa­li­śmy sprzęt i wymie­nia­li­śmy się umie­jęt­no­ścia­mi. Czas upły­nął nam napraw­dę szyb­ko, a dzie­ci mia­ły solid­ny tre­ning.

Vancouver 

Pacjen­ci w jed­nej z kli­nik w Van­co­ouver w Kana­dzie

Następ­nym punk­tem w mojej fizjo­te­ra­peu­tycz­nej przy­go­dzie było mia­sto Van­co­uver w Kana­dzie. Odwie­dzi­łam tam 2 filie przy­chod­ni reha­bi­li­ta­cyj­nej, któ­ra roz­wi­ja się bar­dzo pręż­nie. Naj­więk­sze wra­że­nie zro­bi­ło na mnie wypo­sa­że­nie sal i pomy­sły tera­peu­tów.  W związ­ku z tym, że nie posia­da­łam odpo­wied­nie­go ubez­pie­cze­nia nie mogłam pra­co­wać z pacjen­ta­mi, ale towa­rzy­szy­łam im w tera­pii, gdzie roz­ma­wia­li­śmy o pro­ble­mach i nowa­tor­skich roz­wią­za­niach. Myślę, że to jest przy­kład w jakim kie­run­ku powin­na roz­wi­jać się fizjo­te­ra­pia w Pol­sce,

W Nowej Zelan­dii pozna­łam fizjo­te­ra­peut­kę któ­ra w wie­ku 50 lat roz­po­czę­ła stu­dia z logo­pe­dii i aktu­al­nie pra­cu­je jako logo­pe­da. Dzię­ki temu mogły­śmy poru­szyć wie­le cie­ka­wych tema­tów. Pró­bo­wa­łam rów­nież umó­wić się na wizy­tę do szpi­ta­la, ale w związ­ku z okre­sem świą­tecz­nym było to utrud­nio­ne.

Tera­peu­ci z pręż­nie dzia­ła­ją­cych kli­nik w Van­co­uver.

Australia, czyli fizjoterapia wśród kangurów

Austra­lia — na tle wspa­nia­łej sztu­ki abo­ry­geń­skiej z jed­ną z tera­peu­tek.

W Bris­ba­ne w Austra­li rów­nież z powo­du bra­ku ubez­pie­cze­nia asy­sto­wa­łam przy tera­pii. Był jed­nak to czas bar­dzo  owoc­ny, moc­no roz­sze­rza­ją­cy ogól­ne rozu­mie­nie fizjo­te­ra­pii. Ana­li­zo­wa­li­śmy róż­ne testy uła­twia­ją­ce dia­gno­sty­kę oraz pozna­łam autor­ski pro­gram lecze­nia zaparć u dzie­ci.

 W pla­nach wymia­ny doświad­czeń mia­łam jesz­cze Azję, ale tutaj jed­nak z bra­ku cza­su, cięż­ko było nawią­zać odpo­wied­nie kon­tak­ty. Głów­nym pro­ble­mem był tam rów­nież język.

Fizjo­te­ra­peu­ci, któ­rych pozna­łam pod­czas podró­ży oka­za­li się otwar­ci na wymia­nę doświad­czeń, poświę­ci­li mi swój cen­ny czas  oraz podzie­li­li się wie­dzą i pacjen­ta­mi. Pozna­łam fan­ta­stycz­nych ludzi, a doświad­cze­nia, któ­re zdo­by­łam na pew­no zaowo­cu­ją.

Najstarsza kobieta w Wietnamie

Naj­star­szą dla nas kobie­tę w Wiet­na­mie spo­tka­li­śmy w jed­nej z wio­sek poło­żo­nych w oko­li­cach miej­sco­wo­ści  Kon Tum. Przy­szła do skle­pu, gdzie wła­śnie spo­ży­wa­li­śmy smacz­ne arbu­zy.

Arbuzy w Wietnamie
Arbu­zy w Wiet­na­mie

Wyjąt­ko­wo nas ona zacie­ka­wi­ła. Zaczę­li­śmy pod­py­ty­wać o nią i roz­ma­wiać na tyle ile było to moż­li­we. Oka­za­ło się, że sędzi­wa Pani ma 110lat. Coś nie­sa­mo­wi­te­go, trzy­ma­ła się przy tym wyjąt­ko­wo dobrze. Umia­ła nor­mal­nie cho­dzić, cza­sa­mi lek­ko pod­pie­ra­jąc się bam­bu­sem. Lek­ko już nie­do­sły­sza­ła i mia­ła pro­ble­my ze wzro­kiem, ale będąc w tym wie­ku, moż­na tyl­ko pozaz­dro­ścić takiej kon­dy­cji.

Najstarsza Wietnamka 110lat

Zapy­ta­li­śmy się, czy może­my zro­bić jej zdję­cia. Ona zgo­dzi­ła się, jed­nak w zamian chcia­ła, aby­śmy jej te zdję­cia udo­stęp­ni­li. W tym momen­cie poja­wi­ło się pyta­nie, jak może­my 110 let­niej kobie­cie udo­stęp­nić zdję­cia. Dłu­go się nie zasta­na­wia­jąc, natych­mia­sto­wo pod­ję­li­śmy decy­zję, że następ­ne­go dnia w mie­ście znaj­dzie­my punkt foto, gdzie wywo­ła­my zdję­cia i przy­wie­zie­my jej na wio­skę.

ZdjęciA najstarszej kobiety w Wietnamie

Kolej­ne­go dnia z rana, tuż po śnia­da­niu ruszy­li­śmy wywo­łać zdję­cia. Trze­ba było tro­chę pone­go­cjo­wać, aby otrzy­mać je w try­bie bły­ska­wicz­nym. Uda­ło się, po 15 minu­tach, zdję­cia były już goto­we. Teraz zosta­ło tyl­ko wyna­jąć sku­ter i wraz z Oliw­ką ruszyć z pre­zen­tem dla naj­star­szej kobie­ty, któ­rą kie­dy­kol­wiek spo­tka­li­śmy.

 

Zdjęcia 110 letniej Wietnamki
Zdjęcia 110 let­niej Wiet­nam­ki

Jedziemy do najstarszej kobiety w Wietnamie
Jedzie­my do naj­star­szej kobie­ty w Wiet­na­mie

gdzie mieszka najstarsza kobieta w wietnamie

Kie­dy doje­cha­li­śmy do wio­ski, pan ze skle­pu zapro­wa­dził nas do star­szej Pani. Jak moż­na było się spo­dzie­wać miesz­ka ona w wyjąt­ko­wo skrom­nych warun­kach. Spa­ła na deskach w dom­ku, któ­ry widzi­cie poni­żej. Nie zro­bi­li­śmy zdjęć w środ­ku, po pro­stu nie chcie­li­śmy. Sza­nu­je­my pry­wat­ność. 

Jak mieszkać, aby dożyć 110 lat
Jak miesz­kać, aby dożyć 110 lat

Kie­dy nas zoba­czy­ła, widać było uśmiech na jej twa­rzy czym prę­dzej poda­ro­wa­li­śmy jej zdję­cia. Nie mogła się napa­trzeć. Wraz z jej rodzi­ną oglą­da­li i oglą­da­li.

100 letnia Wietnamka ogląda swoje zdjęcia
100 let­nia Wiet­nam­ka ogląda swo­je zdjęcia

110 letnia Wietnamka ogląda swoje zdjęcia
110 let­nia Wiet­nam­ka ogląda swo­je zdjęcia

110 letnia Wietnamka ogląda swoje zdjęcia

110 letnia Wietnamka ogląda swoje zdjęcia Póź­niej jesz­cze pode­szła do nas na czwo­ra­ka w jej domu i powie­dzia­ła “cam ơn” (dzię­ku­ję). Miło było popa­trzeć na jej uśmiech, uśmiech 110 let­niej kobie­ty…

 

Zawę­dro­wa­li­śmy pra­wie na samą pół­noc Taj­lan­dii, do miej­sca gdzie nie tyl­ko moż­na poroz­ma­wiać z człon­ka­mi ple­mie­nia Akha, ale rów­nież w spo­ko­ju napić się lokal­nej her­ba­ty Oolong z praw­dzi­wy­mi Chiń­czy­ka­mi oraz skosz­to­wać dosko­na­łej kawy Ara­bi­ki z wido­kiem na wspa­nia­łe wzgó­rza.

Może to wyda­wać się tro­chę dziw­ne, ale tak, ist­nie­je takie miej­sce w Taj­lan­dii, gdzie łatwiej dostać menu chiń­skie, niż taj­skie. Takim miej­scem jest Mae Salong i jego oko­li­ce. Pierw­si Chiń­czy­cy, któ­rzy tu przy­by­li byli człon­ka­mi 93 dywi­zjo­nu chiń­skiej armii naro­do­wej, któ­ra ucie­ka­ła przed chiń­skim komu­ni­zmem. Na począt­ku pro­du­ku­ją­cy opium, póź­niej za namo­wą rzą­du taj­skie­go roz­po­czę­li upra­wę grzy­bów oraz her­ba­ty ulung.

Transport do Mae Salong
Trans­port do Mae Salong

Dotar­cie do Mae Salong z Chiang Dao zaję­ło nam ponad pięć godzin. Naj­pierw bus, a potem dwie lokal­ne tak­sów­ki zwa­ne “Song­tha­ew”. Tro­chę zmę­cze­ni, ale zado­wo­le­ni wyszli­śmy na ostat­niej sta­cji i czym prę­dzej poszu­ka­li­śmy noc­le­gu.

Od razu widać było, że jest tu jakoś ina­czej. Wszę­dzie peł­no Chiń­czy­ków, menu w barach chiń­skie, her­ba­ta chiń­ska — pra­wie wszyst­ko chiń­skie 🙂 Nie było wyj­ścia, trze­ba było skosz­to­wać chiń­skiej kuch­ni. Wybra­li­śmy to cze­go nigdy wcze­śniej nie jedli­śmy — dwie nowe zup­ki oraz jakiś mix z tofu. Zupy były bar­dzo smacz­ne, tofu rów­nież.

Chińskie przysmaki
Chiń­skie przy­sma­ki

Chińskie przysmaki
Chiń­skie przy­sma­ki

Po jedze­niu uda­li­śmy się na her­ba­cia­ną ucztę. W całej miej­sco­wo­ści znaj­du­je się wie­le skle­pi­ków, gdzie moż­na zaku­pić prze­róż­ne her­ba­ty oraz arty­ku­ły zwią­za­ne z tym bajecz­nym napo­jem. Naj­czę­ściej do spró­bo­wa­nie czy też zaku­pu dosta­nie­my tutaj her­ba­tę Oolong z któ­rej to zna­na jest tutej­sza oko­li­ca. Pró­bo­wa­li­śmy i zachwy­ca­li­śmy się, Oolong była dosko­na­ła.

Herbaty Oolong
Her­ba­ty Oolong

Herbatka Oolong
Her­bat­ka Oolong

Oprócz her­ba­ty Oolong, moż­na tutaj napić się jesz­cze jed­ne­go wspa­nia­łe­go napo­ju — kawy. Na oko­licz­nych wzgó­rzach rośnie wie­le ara­bi­ki, któ­rej smak jest napraw­dę świet­ny. Upra­wa kawy dostar­cza lokal­nym miesz­kań­com — głów­nie tym z ple­mie­nia Akha dosta­tecz­ny dochód.

Aby jed­nak dojść do źró­deł her­ba­ty oraz kawy, posta­no­wi­li­śmy wybrać się na spo­koj­ny 10km trek­king przez wzgó­rza i wio­ski, aby zoba­czyć upra­wę her­ba­ty, kawy oraz spo­tkać miesz­kań­ców ple­mie­nia Akha. By opu­ścić mia­stecz­ko, musie­li­śmy przejść obok szko­ły. Dzie­ci aku­rat mia­ły prze­rwę w tym cza­sie, więc nasza obec­ność szyb­ko przy­ku­ła ich uwa­gę. Co chwi­lę pró­bo­wa­ły nas zaga­dy­wać, śmie­jąc się przy tym nie­by­wa­le. Po kil­ku kilo­me­trach doszli­śmy do wio­ski ple­mie­nia Akha. W wio­sce ludzie miesz­ka­ją bar­dzo skrom­nie. W więk­szo­ści w domach zbu­do­wa­nych na balach, gdzie ścia­ny zro­bio­ne są z bam­bu­sów. Pro­du­ku­ją tutaj mio­tły, suszą róż­ne ziar­na oraz zbie­ra­ją, selek­cjo­nu­ją i suszą kawę. Jest to ich głów­ne zaję­cie i z naszej roz­mo­wy wyni­ka­ło, że naj­bar­dziej docho­do­we.

Kawa na zboczach, tuż obok wioski plemienia Akha
Kawa na zbo­czach, tuż obok wio­ski ple­mie­nia Akha

Suszenie kawy
Susze­nie kawy

Suszenie traw na miotły
Susze­nie traw na mio­tły

Na podwór­kach i wokół nich wszę­dzie cho­dzi­ły kur­cza­ki.

Kurczaki u plemienia Akha
Kur­cza­ki u ple­mie­nia Akha

Cie­ka­wost­ką był fakt, iż mimo, że ich domy były napraw­dę skrom­ne, to gara­że już zupeł­nie nie. W więk­szo­ści z nich sta­ły porząd­ne suvy, jak ten na poniż­szym zdję­ciu.

SUV Akha
SUV Akha

Po opusz­cze­niu wio­ski, gdzie z miesz­kań­ca­mi spę­dzi­li­śmy oko­ło jed­nej godzi­ny uda­li­śmy się w stro­nę lokal­nej kawia­ren­ki, gdzie podzi­wia­jąc wzgó­rza poro­śnię­te kawą i her­ba­tą, mogli­śmy roz­ko­szo­wać się wspa­nia­łą Ara­bi­ką.

Kawa
Kawa

Pijemy kawę arabika od plemienia Akha
Pije­my kawę ara­bi­ka od ple­mie­nia Akha

Po kawie ruszy­li­śmy w stro­nę ostat­nie­go punk­tu nasze­go trek­kin­gu — do her­ba­cia­nych tara­sów. Było napraw­dę war­to, bo po oko­ło 5km, naszym oczom uka­za­ły się poka­zo­we tara­sy her­ba­cia­ne, któ­re w sto­sun­ku do tych wcze­śniej­szych były wyjąt­ko­wo ład­nie zadba­ne. Nie mogli­śmy nacie­szyć oczu.

Tarasy herbaciane
Tara­sy her­ba­cia­ne

Tarasy herbaciane
Tara­sy her­ba­cia­ne

Popró­bo­wa­li­śmy her­ba­tę i ‘na sto­pa’ wró­ci­li­śmy do Mae Salong. Wspa­nia­ły dzień, wie­le wra­żeń i jesz­cze wię­cej sma­ków. Cały trek­king był bar­dzo dobry, a dzień zali­cza­my do nie­zwy­kle uda­nych.

Gale­ria zdjęć już nie­ba­wem.

 

 

 

 

 

 

 

 

Opu­ści­li­śmy Austra­lie na spo­tka­nie zupeł­nie inne­go świa­ta. Zaję­ło nam to aż 21h z prze­siad­ką w Sin­ga­pu­rze. Wyjazd do Azji, to nasz ostat­ni etap podró­ży dooko­ła świa­ta. Zapla­no­wa­li­śmy tutaj nie­ca­łe 4mc-e. Wie­my, że to tro­chę mało, ale nie moż­na mieć wszyst­kie­go. Łez­ka w oku się kre­ci na myśl, że już tak nie­wie­le pozo­sta­ło do powro­tu do Pol­ski.

Bang­kok przy­wi­tał nas nocą. Po ode­bra­niu baga­ży ruszy­li­śmy do kolej­ki cze­ka­ją­cej na Taxi, któ­re mia­ło zawieźć nas do hoste­lu w jed­nej z naj­bar­dziej impre­zo­wych tury­stycz­nie ulic — Khao San. Kie­row­ca tak­sów­ki po włą­cze­niu tak­so­me­tru roz­po­czął jaz­dę. Po godzin­ce byli­śmy już na miej­scu. W dro­dze musie­li­śmy opła­cić jesz­cze dro­gi płat­ne. Bang­kok nocą wyglą­da bar­dzo inte­re­su­ją­co — wszę­dzie mnó­stwo świa­teł. Mamy wra­że­nie i chy­ba mamy rację, że to mia­sto nigdy nie zasy­pia. Po doje­cha­niu do naszej uli­cy, nie trze­ba było patrzeć na mapę — jeste­śmy już bli­sko. Gwar i wszech­obec­ny hałas dawał o sobie znać ze wszyst­kich stron. Mnó­stwo ludzi wokół nas coś zaja­da­ło, coś piło, a jesz­cze inni odpo­czy­wa­li z piwem lub tele­fo­nem pod­czas sesji taj­skie­go masa­żu. Witaj Taj­lan­dio!!

Masaż taj­ski w Bang­ko­ku

Na uli­cy Khao San moż­na usły­szeć wie­le języ­ków świa­ta — pol­ski rów­nież i to nawet bar­dzo czę­sto. Taj­lan­dia jest jed­nym z tych kie­run­ków, gdzie Pola­ków moż­na spo­tkać chy­ba wszę­dzie. My nie dołą­czy­li­śmy do impre­zy, poszli­śmy po pro­stu spać.

Wie­czo­ry w Bang­ko­ku

Z same­go rana wsta­li­śmy i uda­li­śmy się sma­ko­wać ulicz­nych spe­cja­łów oraz podzi­wiać pięk­ną archi­tek­tu­rę Tajów. Bud­da ota­czał nas z każ­dej stro­ny, tak samo jak tysią­ce tury­stów. W nie­któ­rych miej­scach było ich (nas 🙂 ) tak wie­lu, że trud­no­ścią było czer­pa­nie przy­jem­no­ści ze zwie­dza­nia. Mimo wszyst­ko byli­śmy zado­wo­le­ni, choć tro­chę zmę­cze­ni.

Taj­lan­dia

Dzie­ciom też cza­sem zmę­cze­nie odzy­wa­ło się pod­czas wędró­wek. Waż­ne, że cza­sa­mi mogli się trosz­kę poba­wić 🙂

Taj­lan­dia

Oprócz sta­re­go, jak­że inte­re­su­ją­ce­go Bang­ko­ku, zawi­ta­li­śmy rów­nież w jego now­szej czę­ści. Tutaj moż­na było zauwa­żyć, jak róż­ne jest to mia­sto. Wspa­nia­łe, boga­te gale­rie han­dlo­we poka­zu­ją zupeł­nie inne obli­cze tego mia­sta. Wcho­dząc do takie­go cen­trum, aż trud­no uwie­rzyć, że kil­ka ulic dalej ludzie żyją zupeł­nie ina­czej. Tutaj nawet ceny są euro­pej­skie. Mimo, że w Bang­ko­ku z komu­ni­ka­cją jest coraz lepiej, to wciąż moż­na zauwa­żyć gigan­tycz­ne kor­ki.

Kor­ki w Bang­ko­ku

Nowy Bang­kok

W Bang­ko­ku chy­ba naj­bar­dziej lubi­my wszech­obec­ną rze­kę Menam wraz z jej kana­ła­mi. Jaka to przy­jem­ność popły­wać łodzią i pooglą­dać Bang­kok z zupeł­nie innej per­spek­ty­wy, rów­nież nocą.

Bang­kok

W Bang­ko­ku moż­na popró­bo­wać chy­ba wszyst­kie­go. Co chwi­la zatrzy­my­wa­li­śmy się i pró­bo­wa­li­śmy nowych sma­ków. Zawsze sta­ra­my się jeść na uli­cy. Czę­sto lubi­my nawią­zy­wać miły kon­takt z wła­ści­cie­la­mi budek z jedze­niem, mimo, iż język bywa dużym pro­ble­mem. Wte­dy zawsze poma­ga uśmiech 🙂  W Taj­lan­dii dosta­je­my do posił­ku łyż­kę i wide­lec, któ­rym nakła­da­my jedze­nie na łyż­kę. Jedze­nie jemy łyż­ką. Cza­sa­mi moż­na dostać rów­nież pałecz­ki.

Taj­lan­dia kuch­nia

Z miejsc, któ­re napraw­dę trze­ba odwie­dzić musi­my pole­cić Chi­na­town. Jest po pro­stu olbrzy­mie — chy­ba naj­więk­sze w któ­rym byli­śmy. Każ­dy znaj­dzie tutaj coś dla sie­bie — nawet z dzie­cia­ka­mi.

Bang­kok Chi­na­town

Co chwi­la ktoś nas zacze­pia i chce gła­skać Kac­pra. Jest naj­młod­szy z naszej czwór­ki — ma zale­d­wie pięć lat. Dobrze, że dzię­ki strasz­nie pogod­ne­mu uspo­so­bie­niu po pro­stu daje się lubić. W jed­nej z knajp uda­ło nam się rów­nież nawią­zać cie­ka­wy kon­takt z taj­skim żoł­nie­rzem.

Przy kuchni

Jak to bywa pod­czas naszej podró­ży zali­czy­li­śmy kolej­ną wizy­tę u fry­zje­ra. Tym razem Domi­ni­ka i Kac­per korzy­sta­li z lokal­nych usług. Koszt cię­cia dla ich obu to oko­ło 40zł.

Fry­zjer w Taj­lan­dii

Translate »
Zapisz się do naszego newslettera
Chcesz być na bieżąco? Wpisz poniżej swój email i dostawaj jako pierwszy informacje o naszych wpisach!
Szanujemy Twoją prywatność