Category

Dzieci w podróży

Category

Marzenie o wielkiej przygodzie

Każ­dy z nas ma marze­nia, nada­ją one sens nasze­mu życiu, kie­ru­ją prze­bie­giem wyda­rzeń, mobi­li­zu­ją do pra­cy. Uwa­ża­my, że marze­nia się nie speł­nia­ją, marze­nia nale­ży speł­niać. My pod­ję­li­śmy więc wyzwa­nie, aby speł­nić nasze marze­nie.

nasza Podróż dookoła świata w pigułce

Był to czas cięż­kiej pra­cy, wie­lu wyrze­czeń, ale w koń­cu uda­ło się. Jako rodzi­ce z naszy­mi dzieć­mi 8 let­nią Oli­wia i 4 let­nim Kac­prem prze­mie­rzy­li­śmy świat dooko­ła. Zaję­ło nam to 366 dni. Poru­sza­li­śmy się prze­róż­ny­mi środ­ka­mi trans­por­tu — odby­li­śmy 18 lotów samo­lo­ta­mi, nie­zli­czo­ne prze­jaz­dy auto­bu­sa­mi, busa­mi, kole­ją, metrem, kaja­ka­mi, jach­tem, pro­ma­mi, łodzia­mi, rowe­ra­mi, sku­te­ra­mi, a nawet rik­sza­mi. Prze­szli­śmy na nogach set­ki kilo­me­trów, zdar­li­śmy pode­szwy w nie­jed­nej parze butów, nowe musie­li­śmy kupo­wać w tra­sie. Noce spę­dza­li­śmy w auto­bu­sach, busach, samo­lo­tach, namio­tach, autach, hoste­lach i u lokal­nych miesz­kań­ców. To wła­śnie te spo­tka­nia były dla nas bar­dzo waż­ne i pozwo­li­ły nam poznać bli­żej kul­tu­rę, zwy­cza­je, oby­cza­je oraz kuch­nie odmien­nych miejsc. Dzie­ci nawią­zy­wa­ły nowe przy­jaź­nie, a pod­czas tych wspól­nych wie­czo­rów rów­nież opo­wia­da­li­śmy o Pol­sce.

Rodzina z Kolumbii jedzie do Polski
Rodzi­na z Kolum­bii jedzie do Pol­ski

Uda­ło nam się nawet jed­ną rodzi­nę z Kolum­bii namó­wić na przy­jazd do pra­cy do Pol­ski. Osie­dli­li się w War­sza­wie, a nasz kraj bar­dzo im się spodo­bał, mimo że przy­le­cie­li tu  w zimie, gdzie tem­pe­ra­tu­ry znacz­nie róż­nią się od tych w oko­li­cach rów­ni­ka. Takich fan­ta­stycz­nych ludzi spo­tka­li­śmy pod­czas całej naszej podró­ży wie­lu. Teraz to nasz dom jest dla nich otwar­ty i już  nie może­my docze­kać się kolej­nych spo­tkań. W poszu­ki­wa­niu noc­le­gów u lokal­nych miesz­kań­ców korzy­sta­li­śmy z orga­ni­za­cji, któ­ra zrze­sza oso­by otwar­te na ugosz­cze­nie innych. My rów­nież do takich orga­ni­za­cji nale­ży­my, przez co nasz dom jest zawsze otwar­ty dla podró­żu­ją­cych. Dla­te­go więc dla naszych dzie­ci gości­na u obcych ludzi, jak rów­nież gosz­cze­nie nie­zna­nych jest zupeł­nie nor­mal­ne i natu­ral­ne. Czę­sto też w okre­sie waka­cji gości­my mło­dzież z innych kra­jów. Dzie­ci bar­dzo lubią jak przy­jeż­dza­ją do nas ludzie z odle­głych zakąt­ków świa­ta. Wspól­nie spę­dzo­ny czas pozwa­la im bli­żej poznać odmien­ną kul­tu­rę i język. 

przetrwanie

Namiot zimą w podró­ży dooko­ła świa­ta

Wra­ca­jąc do naszej podró­ży, cała wypra­wa prze­bie­głą zgod­nie z pla­nem, mimo, iż to spon­ta­nicz­ność wska­zy­wa­ła nam kie­ru­nek dro­gi. Spo­tka­ła nas też jed­na przy­kra sytu­acja — zosta­li­śmy okra­dze­ni w Peru w auto­bu­sie. Stra­ci­li­śmy wie­le cen­nych rze­czy, ale jak pod­su­mo­wa­ła lokal­na poli­cja zyska­li­śmy życie. Ta odmien­ność kul­tu­ro­wa w tej kwe­stii doty­czy wie­lu obsza­rów świa­ta, czę­sto wie­lu miejsc Ame­ry­ki Połu­dnio­wej. Jeśli poten­cjal­ni zło­dzie­je chcą coś zabrać, po pro­stu nale­ży to oddać. Trzy­ma­li­śmy się też zasa­dy powro­tów przed zmierz­chem do domu. Nie każ­dy wie, że w kra­jach w oko­li­cach rów­ni­ka o godzi­nie 18 jest już ciem­no i czę­sto nie­bez­piecz­nie, więc dzień mie­li­śmy nie­rzad­ko krót­szy. Duża ilość słoń­ca i inten­syw­ne dni nie pozwa­la­ły naszym orga­ni­zmom na zmę­cze­nie. Cały rok uda­ło nam się prze­żyć bez cho­rób i wizyt u leka­rza. Dopie­ro w Pol­sce dopadł nas katar i lek­kie prze­zię­bie­nie. Mie­li­śmy tyl­ko kil­ka wizyt z dzieć­mi u den­ty­sty i jed­ną lek­ką bie­gun­kę w Peru. Facho­wa i pro­fe­sjo­nal­na opie­ka sto­ma­to­lo­gicz­na w Limie miło nas zasko­czy­ła.

kuchnia dookoła świata

Koniki polne na kolacje w Meksyku
Koni­ki polne na kola­cje w Mek­sy­ku

W naszej podró­ży odkry­li­śmy rów­nież nie­za­po­mnia­ne sma­ki kuli­nar­ne. Każ­dy kraj miał coś, co posta­no­wi­li­śmy prze­nieść do naszej kuch­ni. Mimo bar­dzo odmien­ne­go jedze­nia, dzie­ci świet­nie dawa­ły radę. Rów­nież z wiel­kim zacie­ka­wie­niem wybie­ra­ły się z nami na targ, żeby zoba­czyć jak wie­le róż­nych owo­ców i warzyw może być na świe­cie. Ilośc odmian ziem­nia­ków w Peru była olbrzy­mia. Moż­na kupić ziem­nia­ki już obra­ne lub usu­szo­ne. Ilość nowych gatun­ków  owo­ców  była tak duża, że mie­li­śmy pro­blem z ich zapa­mię­ta­niem, ale bar­dzo szyb­ko mie­li­śmy swo­je ulu­bio­ne, któ­re zawsze kupo­wa­li­śmy. W kra­jach Ame­ry­ki Połu­dnio­wej owo­ce i warzy­wa moż­na kupić wszę­dzie, nie trze­ba szu­kać skle­pów. Na każ­dej uli­cy moż­na coś pod­jeść. Tak też było z naszy­mi śnia­da­nia­mi. Ugo­to­wa­ną owsian­kę pro­sto z duże­go garn­ka moż­na było zjeść codzien­nie w róż­nych sma­kach. Co cie­ka­we, nawet w trans­por­cie publicz­nym nie trze­ba się było mar­twić o jedze­nie. Na każ­dym przy­stan­ku wcho­dzi­ło dużo sprze­daw­ców z róż­ny­mi sma­ko­ły­ka­mi. Naj­więk­sze zdzi­wie­nie zro­bi­ła na nas pani w dro­dze do Boli­wii, któ­ra mia­ła w gaze­tę owi­nię­te upie­czo­ne mię­so i topor­kiem kro­iła je na miej­scu w auto­bu­sie, po czym sprze­da­wa­ła. Zapa­chy więc w takim auto­bu­sie mie­sza­ły się  inten­syw­nie. Głod­ni nigdy nie byli­śmy. Dzie­ci szyb­ko prze­sta­wi­ły się na ryż na śnia­da­nie  i obia­do­ko­la­cję. Kana­pek nie było przez cały rok, może z mały­mi wyjąt­ka­mi. Co nie­któ­rzy pomy­ślą więc co jedli­śmy. No i tu moż­na było­by napi­sać bar­dzo dużo. Musie­li­śmy się napra­co­wać nad pla­no­wa­niem posił­ków w kra­jach roz­wi­nię­tych takich jak Sta­ny Zjed­no­czo­ne czy Kana­da. Goto­wa­li­śmy tam jedze­nie sami na tury­stycz­nym pal­ni­ku i potra­wy musia­ły być prze­wi­dzia­ne w momen­cie kupo­wa­nia pro­duk­tów w mar­ke­cie. Wypra­wa do mar­ke­tów nie nale­ża­ła do naszych ulu­bio­nych, więc z zapa­sem kupo­wa­li­śmy pro­duk­ty. W  kra­jach tych też nie pozna­li­śmy za dużo ludzi, a już na pew­no nie na uli­cy, bo tako­wych jest dość mało. Wszy­scy jeż­dżą samo­cho­da­mi, więc po 4 mie­sią­cach w Ame­ry­ce Łaciń­skiej, gdzie ludzi było wszę­dzie peł­no i każ­dy się o sie­bie ocie­rał, czu­li­śmy się jak na innej pla­ne­cie. My rów­nież mie­li­śmy wypo­ży­czo­ny samo­chód. To co nas urze­kło w Ame­ry­ce Pół­noc­nej to przy­ro­da i nie­sa­mo­wi­te par­ki naro­do­we. Podró­żo­wa­li­śmy tam z wiel­ką przy­jem­no­ścią. W Par­kach Naro­do­wych pra­cu­ją straż­ni­cy bar­dzo odda­ni swo­jej pra­cy. Orga­ni­zo­wa­li oni wie­czo­ry przy ogni­sku przy któ­rych roz­ma­wia­li­śmy o wybra­nym tema­cie doty­czą­cym par­ku, przy­ro­dy, czy pro­ble­mów i kwe­stii życia codzien­ne­go. Dzie­ci uczest­ni­czy­ły w pro­gra­mach, za któ­re otrzy­my­wa­ły odzna­ki.

czy to były wakacje dookoła świata?

Czy to były waka­cje?

Pod­czas naszej podró­ży pisa­li­śmy pamięt­nik, każ­dy dzień więc został zapi­sa­ny nie tyl­ko ocza­mi rodzi­ców, ale rów­nież dzie­ci. Może kogoś zasta­na­wiać jak to jest mieć waka­cje przez rok, ale dla nas to był czas inten­syw­nej pra­cy. Wszyst­ko orga­ni­zo­wa­li­śmy sami, czy­ta­li­śmy dużo ksią­żek i prze­wod­ni­ków. Dosta­wa­li­śmy rów­nież cen­ne wska­zów­ki od miesz­kań­ców. Spę­dza­nie ze sobą 24h na dobę jest rów­nież nie lada wyzwa­niem. Nasze docie­ra­nie tro­chę trwa­ło, ale oka­za­ło się, że moż­na być świet­nym  zespo­łem z któ­rym prze­by­wa­nie to czy­sta przy­jem­ność. Sta­li­śmy się dla sie­bie praw­dzi­wy­mi przy­ja­ciół­mi. Takie roz­gra­ni­cze­nie rodzic — dziec­ko mogło­by nas tro­chę dzie­lić. Ten wspól­ny czas zaowo­co­wał pozy­tyw­ny­mi zmia­na­mi nas wszyst­kich. 

Nauka w podróży dookoła świata

Nauka w podró­ży dooko­ła świa­ta

Pod­czas podró­ży uczy­li­śmy rów­nież naszą cór­kę tak, aby mogła wró­cić do szko­ły i kon­ty­nu­ować naukę ze swo­ją kla­są. Przy współ­pra­cy z wycho­waw­cą uda­ło nam się na bie­żą­co wyko­ny­wać spraw­dzia­ny i pra­ce któ­re robi­ły dzie­ci w szko­le. Cięż­ko było pogo­dzić tą inten­syw­ność podró­żo­wa­nia z nauką, wyko­rzy­sty­wa­li­śmy jed­nak każ­dą wol­ną chwi­le na edu­ka­cję. Sama podróż była wiel­ką szko­łą życia dla nich. To co zoba­czy­ły i doświad­czy­ły, zosta­nie im w pamię­ci na całe życie. Otwar­tość i szcze­rość ludzi w bied­niej­szych kra­jach oraz zdy­stan­so­wa­nie w tych roz­wi­nię­tych, zauwa­ża­ły od razu.

Podsumowanie

Czy była tęsk­no­ta za domem? Nie, bo byli rodzi­ce, a to jest ich cały świat. Oczy­wi­ście kon­takt z rodzi­ną mie­li­śmy, czę­sto roz­ma­wia­li­śmy z bab­cia­mi i cio­cia­mi. Dzie­ci były przed wyjaz­dem od daw­na przez nas przy­go­to­wy­wa­ne i rze­czy­wi­ście nigdy nie zapy­ta­ły kie­dy wra­ca­my do domu, bo wie­dzia­ły, że wró­ci­my jak obje­dzie­my całą kulę ziem­ską. Inten­syw­ność zmie­nia­ją­ce­go się kra­jo­bra­zu nie powo­do­wał znu­dze­nia, ani zmę­cze­nia i każ­dy był cie­ka­wy dnia następ­ne­go. 

czy warto?

Chcie­li­śmy Wam rów­nież powie­dzieć, że napraw­dę war­to podró­żo­wać z dzieć­mi, że ta  nasza inwe­sty­cja była jed­ną z naj­lep­szych jakie  mogli­śmy zro­bić oraz, że war­to wyda­wać pie­nią­dze na książ­ki i podró­że bo dzię­ki temu sta­je­my się po pro­stu bogat­si…

Wietnam w podróży dookoła świata

Do Wiet­na­mu chcie­li­śmy jechać od daw­na, był on jed­nym z tych miejsc, któ­re bar­dzo nas cie­ka­wi­ły. Miał być dość inny od pozo­sta­łych kra­jów Azji Połu­dnio­wo-Wschod­niej. Czy tak jest napraw­dę, powo­li się prze­ko­nu­je­my, że tak.

Granica Wietnam Kambodża

Przej­ście gra­nicz­ne Kam­bo­dża-Wiet­nam nale­ży do dość spo­koj­nych. Nie ma tutaj sytu­acji zna­nych z gra­nic Laos — Kam­bo­dża, czy Taj­lan­dia-Laos, gdzie albo ktoś chce nas oszu­kać poprzez dodat­ko­wą opła­tę zwią­za­ną ze znacz­ka­mi, czy ksią­żecz­ką szcze­pień, lub co wię­cej pomoc­nik kie­row­cy pró­bu­je uła­twić nam przej­ście gra­nicz­ne ze dodat­ko­wą opła­tą o któ­rej wcze­śniej nie mówi. Tutaj takich rze­czy nie ma.

 

Ho Chi Minh, czy aby nasz znany Sajgon

W Saj­go­nie oka­za­ło się, że nie do koń­ca jest aż tak strasz­nie. Fak­tycz­nie licz­ba moto­cy­kli napraw­dę robi wra­że­nie, jed­nak już po krót­kim cza­sie uda­je nam się odnaj­dy­wać w zupeł­ni innej rze­czy­wi­sto­ści. Czer­wo­ne, czy zie­lo­ne świa­tło to jedy­nie suge­stia zarów­no do kie­row­cy, jak i dla pie­sze­go. W związ­ku z tym nale­ży mieć oczy sze­ro­ko otwar­te i wte­dy przej­ście przez jezd­nię, mimo, że tro­chę stre­su­ją­ce nie jest takie skom­pli­ko­wa­ne.

Na moto­cykl w Wiet­na­mie moż­na wło­żyć dosłow­nie wszyst­ko. Nie waż­ne ile waży, jakie jest wyso­kie, czy jakie jest dłu­gie.

Co można włożyć na motocykl
Co można włożyć na moto­cykl

muzeum pozostałości wojennych

Odwie­dzi­li­śmy. Obraz woj­ny wiet­nam­skiej poka­za­ny ocza­mi Wiet­nam­czy­ków robi nie­sa­mo­wi­te wra­że­nie. Licz­by ofiar, zdję­cia, opi­sy ope­ra­cji wojen­nych uka­zu­ją­cych bru­tal­ność walk i tra­ge­dię ich ofiar są osza­ła­mia­ją­ce. Rów­nież dla naszych dzie­ci było to dość cięż­kie, cho­ciaż zapew­ne nie do koń­ca zda­wa­li sobie spra­wę z wszyst­kie­go co widzą. W muzeum znaj­dzie­my rów­nież wie­le arte­fak­tów wojen­nych, samo­lo­ty, dzia­ła, czy wsze­la­ką broń uży­wa­ną w tam­tym okre­sie.

Muzeum pozostałości wojennych
Muzeum pozostałości wojen­nych
Helikopter wojenny
Heli­kop­ter wojen­ny

ludzie w wietnamie

Ludzie w Wiet­na­mie wyda­ją się dość róż­ni od tych z sąsied­nich kra­jów. Napi­sze­my o tym osob­ny arty­kuł, bo cięż­ko jest powie­dzieć o tym w dwóch zda­niach. Tutaj odno­śnik do arty­ku­łu.

tradycja i nowoczesność

Saj­gon jest olbrzy­mim mia­stem. Cięż­ko być wszę­dzie. Nam uda­ło się spę­dzić w mie­ście kil­ka dni. Spa­li­śmy w dziel­ni­cy Pham Ngu Lao, gdzie impre­zy ulicz­ne trwa­ły do same­go rana. W pierw­szą noc było napraw­dę cięż­ko usnąć. W dru­gą noc zdą­ży­li­śmy się już przy­zwy­cza­ić.

Pham Ngu Lao
Pham Ngu Lao
Ho Chi Minh nowocześnie
Ho Chi Minh nowocześnie

W oko­li­cach cen­trum tra­dy­cja mie­sza się z nowo­cze­sno­ścią. Wie­żow­ce, budyn­ki finan­so­we, biu­row­ce oto­czo­ne są ubo­gi­mi miej­sca­mi. Ceny za posi­łek, kawę mogą się tutaj napraw­dę dra­stycz­nie róż­nić na bar­dzo małych odle­gło­ściach. No cóż, tutaj każ­da knajp­ka ma swo­je­go klien­ta.

W nowo­cze­snej czę­ści uda­ło nam się zna­leźć nie­sa­mo­wi­tą księ­gar­nię. Było tam napraw­dę wszyst­ko. Kupi­li­śmy Oliw­ce książ­kę z angiel­skie­go, dzię­ki cze­mu mogła dalej szko­lić się pod­czas podróż­ni­czej edu­ka­cji domo­wej. Wcze­śniej opa­no­wa­ła już czy­ta­nie genial­nych ksią­żek z serii Dr. Seuss’a.

Książka z angielskiego

 

BINH TAJ MARKET

Na posił­ki cho­dzi­li­śmy na pobli­ski mar­ket. Ceny były prze­róż­ne, gene­ral­nie, czym bar­dziej weszło się w cen­trum tar­gu, tym ceny były niż­sze i to nawet bar­dzo. Trze­ba było się przy­zwy­cza­ić, że Wiet­nam­czy­cy poda­ją kwo­tę czę­sto kil­ku­krot­nie wyż­szą niż jest, więc tar­go­wać się nale­ży i to bar­dzo. To co waż­ne — jeśli nie masz zamia­ru cze­goś kupić, to po pro­stu nawet na to nie patrz, że o dotknię­ciu już nie wspo­mnę — reak­cja sprze­daw­cy może cię bar­dzo zasko­czyć. W naj­lep­szym wypad­ku “jedy­nie” pokrzy­czy i każe ucie­kać ci gdzie pieprz rośnie…

Oprócz stan­dar­do­we­go wiet­nam­skie­go jedzon­ka, gdzie prym wie­dzie zup­ka Pho moż­na na tar­gu spró­bo­wać rów­nież tęczo­we­go ryżu. Sku­si­li­śmy się na taką kolo­ro­wą mie­szan­ką. Trze­ba przy­znać, że smak każ­de­go kolo­ru był napraw­dę dobry. Co cie­ka­we, to nie che­mia, a sama natu­ra — kolo­ro­we liście, któ­re są wcze­śniej goto­wa­ne, powo­du­ją, że ryż ten tak pięk­nie wyglą­da.

Kolorowy ryż
Kolo­ro­wy ryż

Co cie­ka­we, kolo­ry na któ­re zabar­wio­ny jest ryż, nie są bez zna­cze­nia.  Żół­ty kolor ozna­cza zie­mię, czer­wo­ny ogień, zie­lo­ny rośli­ny, bia­ły metal, a czar­ny wodę. Ludzie wie­rzą, że te kolo­ry two­rzą har­mo­nię pomię­dzy nie­bem, zie­mią i czło­wie­kiem.

Nastał czas, aby opu­ścić Taj­lan­dię. Była to bar­dzo szyb­ka decy­zja. Po doje­cha­niu do Chiang Rai, któ­re wyda­ło nam się nie­zbyt cie­ka­wym miej­scem, uda­li­śmy się czym prę­dzej do Bia­łej Świą­ty­ni — Wat Rong Khun, gdzie podzi­wia­jąc nie­zwy­kły maj­stersz­tyk taj­skie­go arty­sty, weszli­śmy do zupeł­nie inne­go świa­ta. Świą­ty­nia zosta­ła wybu­do­wa­na w roku 1997, czy­li nie tak daw­no. To co nas w niej zasko­czy­ło i strasz­nie zdzi­wi­ło to nie tyl­ko cie­ka­wy i jak­że odmien­ny wygląd zewnętrz­ny, ale rów­nież to co spo­tka­li­śmy wewnątrz. W środ­ku zamiast tra­dy­cyj­nych malun­ków przed­sta­wia­ją­cych życie Bud­dy, spo­tkać moż­na nowo­cze­sne sce­ny repre­zen­tu­ją­ce sam­sa­rę. Znaj­dzie­my tutaj samo­lot ude­rza­ją­cy w dwie wie­rze w USA, ele­men­ty z fil­mu Matrix, Super­ma­na, Żół­wie Nin­ja, Elvi­sa, Hel­lo Kit­ty. Odno­si się wra­że­nie, że wnę­trze tej świą­ty­ni, to cią­gły pro­ces twór­czy. Kto wie, co nowe­go będzie moż­na zoba­czyć tam za 10–20lat…
W środ­ku nie moż­na robić zdjęć, więc wszyst­kich cie­ka­wych zapra­sza­my do Taj­lan­dii.

Biała Świątynia Wat Rong Khun
Bia­ła Świątynia Wat Rong Khun
Biała Świątynia Wat Rong Khun
Bia­ła Świątynia Wat Rong Khun
Biała Świątynia Wat Rong Khun
Bia­ła Świątynia Wat Rong Khun

Obok świą­ty­ni zoba­czy­li­śmy rów­nież wal­ki kogu­tów. Przed wej­ściem na are­nę, kogu­ty cze­ka­ją w dru­cia­nych klat­kach poroz­kła­da­nych wzdłuż uli­cy. Wyglą­da to bar­dzo inte­re­su­ją­co, Tajo­wie z nie­cier­pli­wo­ścią cze­ka­ją na wynik wal­ki.

Walki Kogutów w Tajlandii
Wal­ki Kogutów w Taj­lan­dii
Koguty przed walką
Kogu­ty przed wal­ką
Arena walki kogutów w Tajlandii
Are­na wal­ki kogutów w Taj­lan­dii

Po powro­cie do Chiang Rai ruszy­li­śmy wprost do gra­ni­cy z Laosem. Wkrót­ce cze­ka nas wiel­ka przy­go­da — dwu­dnio­wa podróż łodzią rze­ką Mekong do Luang Pra­bang.

Targ na torach w Taj­lan­dii to jeden ze smacz­ków, któ­re uda­ło nam się odwie­dzić tuż po opusz­cze­niu Bang­ko­ku. Znaj­du­je się on oko­ło 70km na połu­dnio­wy zachód od sto­li­cy Taj­lan­dii. Doje­chać moż­na do nie­go na wie­le spo­so­bów. My nato­miast wybra­li­śmy dojazd pocią­giem, aby na wła­snej skó­rze prze­ko­nać się, że pocią­giem w zatło­czo­ny targ napraw­dę da się wje­chać.

Pociąg to jeden z naszych ulu­bio­nych środ­ków trans­por­tu. W Taj­lan­dii pocią­gi są dosyć tanie, więc podró­żo­wa­nie nimi ma kolej­ny atut. Co cie­ka­we doje­cha­nie do tego tar­gu nie jest takie pro­ste. Aby tam dotrzeć nale­ży prze­je­chać dwo­ma pocią­ga­mi oraz jed­nym pro­mem. Zda­li­śmy sobie spra­wę z tego fak­tu patrząc na mapę i zasta­na­wia­jąc się jak tam doje­chać. Naszą podróż roz­po­czę­li­śmy od uda­nia się na połu­dnio­wy dwo­rzec kole­jo­wy Won­gwian Yai. Na począt­ku kupi­li­śmy bilet do pierw­szej miej­sco­wo­ści Maha­chai, któ­ry kosz­to­wał nas 10THB (1zł) od oso­by — dzie­ci nie pła­ci­ły.

Bilet do Manachai
Bilet do Mana­chai

Pociąg dru­gą kla­są wyglą­dał, tak jak nasz pol­ski pociąg.

Pociąg drugiej klasy w Tajlandii
Pociąg dru­giej kla­sy w Taj­lan­dii

Ruszy­li­śmy w dro­gę. Cały czas roz­glą­da­li­śmy się na lewo i pra­wo. Wypa­try­wa­li­śmy co cie­ka­we­go widać za okna­mi pędzą­ce­go pocią­gu.

Widoki z okna pociągu do Manachai
Wido­ki z okna pociągu do Mana­chai
Widoki z okna pociągu do Manachai
Wido­ki z okna pociągu do Mana­chai

Nie zawsze było pięk­nie, ale na pew­no było cie­ka­wie i róż­no­rod­nie. Po nie­speł­na godzi­nie doje­cha­li­śmy do ostat­niej sta­cji — Macha­chai. Poni­żej poda­je­my roz­kład jaz­dy dla wszyst­kich zain­te­re­so­wa­nych.

Mahachai
Maha­chai
Rozkład jazdy pociągu Manachai Wongwian Yai
Roz­kład jaz­dy pociągu Mana­chai Won­gwian Yai

Zaraz po wyj­ściu z pocią­gu musie­li­śmy czym prę­dzej udać się na prom. Szli­śmy dość szyb­ko spo­glą­da­jąc na lewo i pra­wo, co cie­ka­we­go tym razem przy­ku­je naszą uwa­gę na lokal­nej uli­cy. Ze wszyst­kich stron ota­cza­ły nas stra­ga­ny z jedze­niem i wszyst­kim tym co potrzeb­ne tutej­szym miesz­kań­com każ­de­go dnia. Maha­chai nie jest tury­stycz­ną miej­sco­wo­ścią, więc żad­nych pamią­tek raczej tam nie znaj­dzie­my.

Mahachai idziemy na prom
Maha­chai idzie­my na prom
Targ w Mahachai
Targ w Maha­chai

Bie­gli­śmy, bie­gli­śmy i w koń­cu uda­ło się. Zna­leź­li­śmy miej­sce skąd odpły­wa prom na dru­gą stro­nę rze­ki Than Chin wpły­wa­ją­cej bez­po­śred­nio do Zato­ki Taj­landz­kiej. Bilet w jed­ną stro­nę kosz­to­wał 3THB (30gr) — dzie­ci nie pła­ci­ły.

Prom w Mahachai
Prom w Maha­chai

Czas prze­pra­wy wyniósł zale­d­wie kil­ka minut. Po dru­giej stro­nie rze­ki szyb­ko opu­ści­li­śmy prom i poma­sze­ro­wa­li­śmy szyb­kim tem­pem na kolej­ny peron z któ­re­go mie­li­śmy bez­po­śred­nio poje­chać do Maeklong na nasz dłu­go ocze­ki­wa­ny targ. Oka­zał się jed­nak, że albo za wol­no szli­śmy, albo po pro­stu uło­że­nie pocią­gów nie do koń­ca jest ze sobą zgra­ne — spóź­ni­li­śmy się 15min. Nic nie mogli­śmy pora­dzić — trze­ba było cze­kać na następ­ny pociąg. Bilet do Maeklong kosz­to­wał 10THB (1zł) — dzie­ci nie pła­ci­ły. Poni­żej poda­je­my roz­kład jaz­dy dla zain­te­re­so­wa­nych.

Bilet do Maeklong z Ban Laem
Bilet do Maeklong z Ban Laem
Rozklad jazdy Maeklong Ban Laem
Roz­klad jaz­dy Maeklong Ban Laem
Rozklad jazdy Maeklong Ban Laem
Roz­klad jaz­dy Maeklong Ban Laem

Sama sta­cja kole­jo­wa w Ban Laem wyglą­da dość inte­re­su­ją­co. Wie­le rodzin, któ­re tam miesz­ka gotu­je dania dla podróż­nych dzię­ki cze­mu, nie pła­cąc dodat­ko­wo za lokal, mogą zaro­bić na życie. Sie­dząc przy posił­ku moż­na mieć wido­ki wprost na miesz­ka­nie wła­ści­cie­la 🙂 Cze­ka­jąc na następ­ny pociąg posta­no­wi­li­śmy zwie­dzić mia­sto. Po dro­dze zoba­czy­li­śmy pra­cę nad nową Świą­ty­nią Bud­dy, któ­ra pew­nie nie­ba­wem sta­nie się dumą tutej­szych miesz­kań­ców. Pra­cow­ni­cy sta­ran­nie wyko­ny­wa­li swo­ją pra­cę. Z dale­ka i z bli­ska efek­ty były impo­nu­ją­ce.

Ban Laem Budda
Ban Laem Bud­da

Spra­gnie­ni kosz­to­wa­li­śmy koko­sów oraz dzie­cia­ki dosta­ły moż­li­wość zasiąść za ste­ra­mi lokal­nych tuk-tuków, któ­re aku­rat tutaj wyglą­da­ją ciut ina­czej i są bar­dzo kolo­ro­we.

Tuk tuk w Ban Laem
Tuk tuk w Ban Laem

W dro­dze powrot­nej oka­za­ło się, że jed­na z dziew­czy­nek z mia­sta ma wła­śnie uro­dzi­ny. Obcho­dzi­ła je w rodzin­nym gro­nie tuż przy uli­cy. Kie­dy zoba­czy­ła nasze dzie­cia­ki obda­ro­wa­ła je cukier­ka­mi. My nie pozo­sta­li­śmy dłuż­ni, poda­ro­wa­li­śmy jej to co mie­li­śmy — gadże­ty z Gmi­ny Trzeb­ni­cy. Wszy­scy byli bar­dzo zado­wo­le­ni.

Oliwka z Solenizantką
Oliw­ka z Sole­ni­zant­ką

Wró­ci­li­śmy na peron. Pocze­ka­li­śmy jesz­cze kil­ka­na­ście minut i pociąg przy­je­chał. Byli­śmy ura­do­wa­ni. Teraz pozo­sta­ło tyl­ko z nie­cier­pli­wo­ścią pocze­kać na targ, któ­ry już nie­ba­wem miał uka­zać się naszym oczom. Kie­dy dojeż­dża­li­śmy do sta­cji Maeklong, cały czas było sły­chać jak pociąg infor­mu­je o swo­im przy­jeź­dzie. Wyj­rze­li­śmy przez okno i już mogli­śmy zoba­czyć wie­le osób sto­ją­cych zale­d­wie kil­ka­na­ście cen­ty­me­trów od pocią­gu.

Pociąg na targu na torach
Pociąg na tar­gu na torach

Dużo lep­szym wido­kiem jest jed­nak zoba­cze­nie, jak wyglą­da cały pro­ce­der skła­da­nia tar­gu tuż przed nad­jeż­dża­ją­cym pocią­giem.  Infor­ma­cje o nad­jeż­dża­ją­cym pocią­gu moż­na usły­szeć z gło­śni­ków w dwóch języ­kach — taj­skim oraz angiel­skim. Następ­nie po kil­ku minu­tach sły­chać już pociąg. Ludzie zaczy­na­ją szu­kać miej­sca gdzie mogą się ukryć. Na pły­tach wokół torów nama­lo­wa­ne są czer­wo­ne linie ozna­cza­ją­ce bez­piecz­ną odle­głość od pocią­gu.  Wszyst­ko jed­nak idzie dość spraw­nie i po kil­ku minu­tach życie na tar­gu wra­ca do nor­mal­no­ści.

Poni­żej fil­mik z momen­tu wjaz­du pocią­gu na targ.

Wra­ca­jąc po trzech dniach z miej­sco­wo­ści Maaeklong, sta­li­śmy z Kac­prem z przo­du pocią­gu. Maszy­ni­sta otwo­rzył nam drzwi i wpro­wa­dził do miej­sca, gdzie z same­go czo­ła pocią­gu mogli­śmy patrzeć na cały targ. Co wię­cej chwi­lę po rusze­niu pociąg zatrzy­mał się, a lokal­ny sprze­daw­ca z tar­gu dał maszy­ni­ście dwa lody. Jeden z nich poda­ro­wał Kac­pro­wi — był on bar­dzo zado­wo­lo­ny.

Kacper dostaje loda od maszynisty
Kac­per dosta­je loda od maszy­ni­sty
My w pociągu do Maeekong
My w pociągu do Maeekong

 

Translate »
Zapisz się do naszego newslettera
Chcesz być na bieżąco? Wpisz poniżej swój email i dostawaj jako pierwszy informacje o naszych wpisach!
Szanujemy Twoją prywatność